wtorek, 6 września 2016

"Krótka historia pewnego żartu" - S. Chwin

Tytuł: "Krótka historia pewnego żartu"
Autor: Stefan Chwin
Wydawnictwo: TYTUŁ
Liczba stron: 286
Ocena: 7/10
Książka jest na liście lektur z literatury XX wieku i - co za tym idzie - znalazła się w sylabusie jednego z seminariów magisterskich, które mnie interesują.
Jest to autobiograficzna powieść, której autor przypomina sobie, jak to było być dzieciakiem w Polsce Ludowej. Czas jego dzieciństwa przypada bowiem na lata 50. XX wieku.
Powieść ma formę wspomnień, trochę może gawędy? Warto zauważyć, że Chwin sporo rzeczy nie tyle sobie przypomina, ile próbuje wyobrazić, co też mógł czuć lub myśleć w danej chwili. To, co mi się rzuciło w oczy, to brak dialogów. Ale uśmiechnęłam się, gdy zdałam sobie z tego sprawę, bo tekst nie męczy. Narrator tak pięknie i lekko opowiada, że czyta się to miło i bez trudności.
Autor pisze o rodzinnym Gdańsku i okolicach, gdzie jako dziecko na każdym kroku widział ślady Niemców. Ślady, które budziły sprzeczne uczucia - z jednej strony nienawiść, ale z drugiej zachwyt. Nie można było tego powiedzieć na głos, ale to, co niemieckie, było po prostu... piękne.
"Chcieli piękna? Nie żadnego tam tępego porządku, (...) lecz właśnie piękna?"
Sztućce, domy, nawet gotyckie litery - wszystko to było perfekcyjne, porządne i piękne, choć bohater czuje, że to, co niemieckie, emanuje złem.
Przechadzając się po Oliwie razem z Chwinem, rozmyślałam nad rzeczami błahymi i nad tymi całkiem poważnymi. Że Hitler nie był pierwszym, który chciał stworzyć rasę doskonałą, piękną, silną. Że nie wszystkie sprawy są czarne czy białe - są też takie pośrednie, jak te piękne znaki złej historii.
"Pojawiło się zatem trudne pytanie: jak właściwie odróżnić dobro od zła, skoro dobro i zło wygląda zupełnie tak samo?"
Przede wszystkim "Krótka historia pewnego żartu" uświadomiła mi, jak bardzo wojna była obecna w świadomości pokolenia, które urodziło się zaraz po jej zakończeniu. Zaskoczyło mnie, że kilkuletnie dzieci zabierane były na wycieczki szkolne do kina, gdzie pokazywane były filmy propagandowe. Krwawe obrazy wzmacniające nienawiść do hitlerowców obok idyllicznych scen socrealistycznych.
"W piękne poranki sierpniowe, udręczony przepastnymi tajemnicami Historii szukałem ukojenia w powabach letniego powietrza, licząc, że bezlitosne bóstwa Pamięci dadzą mi wreszcie odetchnąć"
Powieść Chwina jest pięknie napisana: z ironicznym humorem, nieprzesadzonymi metaforami. W wielu momentach autor próbuje myśleć jak dziecko, pozwala swoim myślom dryfować, puszcza wodze wyobraźni i gdyba, i spekuluje, i wyolbrzymia, i opisuje, co widzi (a raczej mógł widzieć) jego naiwny, dziecięcy umysł.
Czytając tę książkę, miałam poczucie, że tak, teraz czytam dobrą literaturę polską, która ma prawo zapisać się w kanonie lektur obowiązkowych dla polonistów i lubiących XX wiek czytaczy. Jedyne co, to miałam małe pretensje do autora, że tak świetnie opowiada o Gdańsku, że człowiekowi chce się spakować i jechać tam od razu. I pointa - tak prawdziwa, jak bolesna:
"Był to świat zupełnie inny niż ten, w którym dzisiaj żyjemy. Tam chciano moją duszę zdobyć naprawdę, chodziło o to, by mieć ją naprawdę na własność i przerobić na własne kopyto (...). Ale [teraz] na mojej duszy, podobnie jak na duszy moich czterdziestu milionów braci (...), nie zależy nikomu"
Tekst niewątpliwie wartościowy i pod względem literaturoznawczym, jak i historycznym (a może nawet psychologicznym czy socjologicznym?), jest bowiem szczerą relacją kogoś, kto dorastał, czując nad sobą wszechwładną Rękę Wujka Stalina. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz