niedziela, 1 maja 2016

"Kochając Franka" - N. Horan

Tytuł: "Kochając Franka"
Autor: Nancy Horan
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 494
Ocena: 4/10

Niektóre tytuły warto znać chociażby po to, by po nie nie sięgać. Taki przypadek pokrótce opiszę dziś.
Książkę poleciła mi siostra. Najczęściej mamy podobny gust, ale tutaj jakoś... No, trzy tygodnie się męczyłam. Nie wiem, może gust mi się na tych moich studiach wysublimował, a może to dlatego, że sięgnęłam po to COŚ zaraz po "Próchnie" Berenta. Poziom jest nieporównywalny i dlatego mój mózg tego nie przyswajał.
"Kochając Franka" to sfabularyzowana biografia architekta Franka Lloyda Wrighta. Ja nic o nim nie słyszałam, ale autorka uważa, że jest on "najsłynniejszym obywatelem Oak Park (drugi w kolejności jest Ernest Hemingway)". Ale tak naprawdę rola pierwszoplanowa należy do jego kochanki, Mamah Borhwick Cheney, która dla niego zostawiła swoją rodzinę. Mamah jest naprawdę ciekawą postacią - feministka, intelektualistka, tłumaczka... Jak na początek XX wieku (bo wtedy wszystko się rozgrywa) to bardzo odważna kobieta. Walczy o siebie i o swoje szczęście, o prawo do miłości. I do tego momentu wszystko okej.
"Miłość jest moralna, nawet jeżeli rodzi się w związku pozamałżeńskim. Małżeństwo bez miłości jest natomiast amoralne."
Ale w tej książce jest wszystko. Feminizm, architektura, romans, tragedia. Wątki nie przenikają się swobodnie, tworząc spójną całość. Są jak urywki. Raz narracja jest trzecioosobowa, raz przytaczana jako fragment pamiętnika Mamah.
Wydaje mi się, że autorka popełniła kilka anachronizmów. Dla niej to normalne, że na początku dwudziestego wieku kobiety sobie jeżdżą samochodami, zakochani chodzą do kina... Nie mówię nawet że jest to nieprawdopodobne, ale tak opisane... No, tragedia.
Nie wiem. Ja bym tę książkę wzięła i napisała od nowa. Warto było się przemęczyć dla zakończenia, bo naprawdę szokujące. Ogólnie - nie polecam.