niedziela, 21 lutego 2016

"Dynastia Miziołków" - J. Olech

Tytuł: "Dynastia Miziołków"
Autor: Joanna Olech
Wydawnictwo: Literatura
Liczba stron: 198
Ocena: 5/10
Kolejna lektura dla dzieciaków, nawet sugerowana w spisie. I znów zawód. Już nie wiem, co czynić...
Jest to pamiętnik Miziołka, chłopca z podstawówki. Opisuje on perypetie swojej rodziny, w skład w której wchodzą Mamiszon, Papiszon, Kaszydło i Mały Potwór. Miziołek jest najstarszy spośród rodzeństwa i poznajemy rok z jego życia. Podczas ferii i wakacji chłopiec nie pisze pamiętnika, a listy i pocztówki do rodziny i znajomych.
Największym plusem książki jest fabuła, która potrafi wciągnąć. Humor też jest w dobrym guście i naprawdę te sytuacje komiczne śmieszą, a dobrze wiemy, że nie jest to takie logiczne. Nawet te oryginalne ksywki członków rodziny sprawiają, że człowiekowi jakoś cieplutko na sercu i miło.
"Zyzik mówi, że Marchewka to gamoń i że jest wiele sposobów, żeby zwrócić na siebie uwagę kobiety. Można jej podstawić nogę, można wrzucić kulkę lodów za bluzkę albo przylepić landrynę do włosów..."
Jest śmiesznie, jest ciekawie, jest wciągająco. To czemu się babo czepiasz i dajesz tylko 5/10?! A bo język... Tak. I to nie tak, że się mądrzę jako polonistka, bo po prostu pani Olech popełniła tyle nietaktów, że każdy to zauważy. 
Przede wszystkim nazywanie rodziców "starymi". Ja wiem, że może jestem jakaś staromodna, ale to chyba nie jest najlepsze określenie? Jeszcze rozumiem, gdyby Miziołek był nastoletnim buntownikiem, to okej, zabieg językowy miałby pewne wyjaśnienie i można by na to przymknąć oko. Ale ludzie! Ta książka jest adresowana do podstawówki i pod względem treści jak najbardziej nadaje się już dla czwartoklasisty! Ale ci "starzy" to jeszcze mały pikuś. Najbardziej wkurzył mnie tekst:
"Przykro mi to mówić, ale zauważam u moich starych pierwsze objawy spierniczenia"
Chcielibyście, żeby Wasze dziecko tak o Was mówiło? Co innego myśleć, a co innego mówić, czy nawet pisać. Ale coś, co jeszcze bardziej mniej zirytowało, to liczne anachronizmy. Ludzie! Które współczesne dziecko powie "cenzurka" zamiast "świadectwo" albo "pulpit" zamiast "blat"? Która nauczycielka wali linijką po łapach? Pani Olech próbowała być super, ale zapomniała, że już nie mamy lat sześćdziesiątych i trochę się jednak pozmieniało. Fakt faktem, że książka jest z lat 90., ale zrobiłam wywiad i moja starsza siostra również nie używała już takiego słownictwa.
"Chłopaki zaczęły się kłócić o to, jak nazywają się mieszkańcy Pupek - jedni mówili, że Pupkowiacy, drudzy, że Pupkownicy. Ja myślę, że najładniej by było Pupiszony"
Poza tym zdarzyło się kilka słów, które jakoś mi nie pasowały do języka dzieciaka z podstawówki, np. "autokracja" czy "wyższa instancja". No, ale załóżmy, że Miziołek był po prostu inteligentny.
Uważam, że książkę trzeba by było wziąć i przepisać bez tych głupich tekstów o rodzicach i staromodnego słownictwa i byłaby to naprawdę bardzo miła lektura. Ale ten tekst o "spierniczeniu starych" tak mnie wkurzył, że raczej jej nie polecę! 
Macie na koniec okładkę. Tak, ilustracje w środku są równie przebrzydłe. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz