poniedziałek, 26 grudnia 2016

"Harry Potter i przeklęte dziecko" - J.K. Rowling, J. Tiffany i J. Thorne

Autor: Joanne Kathleen Rowling, John Tiffany i Jack Thorne
Tytuł: "Harry Potter i przeklęte dziecko"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 368
Ocena: 4/10

No tak... Bardzo się zdziwiłam, że ma być kolejna część dotycząca Harry'ego Pottera. Nie ucieszyłam się jednak, bo książki skończyłam czytać bodajże w pierwszej klasie gimnazjum, więc dla mnie to był zamknięty rozdział, piękny chyba dlatego, że zakończony. Już zanim przeczytałam, słyszałam od znajomych, że to słabe, złe, okropne. I rzeczywiście: każda scena mnie zbliżała do tego, by powiedzieć - to nie mój Harry.
Po pierwsze, jestem stara. Naprawdę, to ma duży wpływ na odbiór. Czytałam Harry'ego jako dziecko, choć nie dorastałam z nim jak wiele moich znajomych. Pierwszą część przeczytałam, gdy byłam w szóstej klasie podstawówki (około 10 lat temu). Książka mnie pochłonęła, wzruszała. Nie czytałam jej już później, więc nie wiem, jakby to było teraz. Ale nie wydaje mi się, żeby oryginalny Harry był napisany takim językiem, a na pewno nie miał tak spłaszczonych postaci. Praktycznie w żadnym momencie nie poczułam uniesienia, które było prawie ciągle obecne przy czytaniu wcześniejszych części. Nie wzruszyłam się, a nawet te postaci, które tak kochałam, zostały pozmieniane, stały się obce.
Pytałam swoich uczniów - im się nowa część bardzo podobała, więc wnioskuję, że wiek ma znaczenie.
Po drugie, dla mnie to jest po prostu na siłę. Cały czas jak to czytałam, miałam wrażenie, że napisał to nastoletni fan cyklu o magii i Hogwarczie. Jak w Polsce ukazała się ostatnia część, internet zalała fala blogów z opowiadaniami o dalszych losów Harry'ego i jego przyjaciół. Na takim mniej więcej poziomie jest dla mnie ta sztuka.
Bo że to sztuka, to nic nie szkodzi. Mogłaby być niezła i innowacyjna. Z drugiej strony, nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak można by to poprawić, żeby było lepiej. Myślę, że próba dorównania wcześniejszym książkom od razu była skazana na niepowodzenie...
Ogólnie to polecam tę pozycję, bo głośno o niej i warto mieć jakieś zdanie na jej temat. Męczyłam się, bolało, ale przeczytałam szybko, więc nie żałuję.
I zatęskniłąm do "prawdziwego" Harry'ego, więc wrócę do niego pewnie niebawem... Chociaż taki plus!

czwartek, 1 grudnia 2016

"Zazdrość i medycyna" - M. Choromański

Autor: Michał Choromański
Tytuł: "Zazdrość i medycyna"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie
Liczba stron: 234
Ocena: 6/10

Powieść liczy sobie już ponad 80 lat, ale dalej jest aktualna i – przynajmniej we mnie – wzbudza uczucia, powoduje, że mam wypieki na twarzy. Dobra, ciekawa lektura. Ale zacznijmy od początku.
Tekst podejmuje wątek niejednokrotnie występujący w literaturze wszech czasów – zazdrość. Poznajemy trójkę bohaterów, którzy prawdopodobnie uwikłani są w trójkąt miłosny: zazdrosny Widmar, jego żona Rebeka i doktor Tamten. Problem polega na tym, że nie wiemy tak do końca, czy Rebeka rzeczywiście jest kochanką doktora Tamtena. Czy zakończenie przyniesie rozwiązanie tej kwestii – przekonajcie się sami.
Choromański stworzył charakterystyczne osobowości, przynajmniej w kreacjach męskich. Widmar jest wręcz chorobliwie zazdrosny, popada w jakąś furię, obłęd, co udziela się czytelnikowi. Widmar poślubił młodszą od siebie kobietę, która niewątpliwie przyciągała innych mężczyzn. Bohater jest wybuchowy i kompletnie skupiony tylko na "zagadce": czy żona go zdradza? Czy usunęła ciążę poczętą poza łożem małżeńskim?
"Była to zazdrość najprzedniejszego gatunku, lepka, sprytna i piorunująca, jednocześnie miała w sobie ukrytą słodycz, której zawsze ulegał"
Trudno powiedzieć, co go w sumie z tą Rebeką łączy. Niby ją kocha, niby nie kocha. Jakby się przyjrzeć jego zachowaniu, to trudno mówić o głębokim uczuciu. Traktuje ją raczej przedmiotowo, a myśl o ewentualnej zdradzie boli go, bo boi się wstydu, lekceważenia, upokorzenia.
Zanim przejdę do Tamtena, warto zwrócić uwagę na kreację samej Rebeki. Jej praktycznie w tej powieści nie ma. Niewiele mówi. Nawet nie wiemy, jak wygląda – według jednych ma ciemne włosy, według innych jasne. Mówi to, co ludzie chcą usłyszeć, gra ciągle swoją rolę, choć czasem wydaje się, że jest za głupia, żeby wszystko tak perfekcyjnie zaplanować i wykonać. Opisywana jest przede wszystkim przez to, jak widzą ją inni, a dokładniej – mężczyźni. Można więc uznać, że jest figurą, pewnym symbolem, niekoniecznie zaś realną kobietą.
Doktor Tamten jest w Rebece zakochany. Nie do końca to akceptuje – wcześniej bowiem głosił pogląd, że kobieta nadaje się tylko do łóżka. Tu nagle przestał być opanowany i zdystansowany, Rebeka wkroczyła nawet na salę operacyjną, na której do tej pory przychodził tylko jako chirurg, nie jako mężczyzna. Namieszała w życiu zarówno Tamtena, jak i Widmara.
"Żyjemy i nie uświadamiamy sobie po dziś dzień, że największą plagą ludzkości jest miłość!" 
Bardzo ciekawa jest budowa tego dzieła. Jest to powieść psychologiczna, która – jak nazwa wskazuje – skupia się przede wszystkim na wewnętrznym życiu bohaterów, nie na samej akcji. Co się z tym wiąże, narracja ma charakter retrospekcyjny. Akcja teraźniejsza to mniej więcej jeden dzień, kiedy Widmar czeka na ostateczne rozwiązanie sprawy: czy żona go zdradza? Większość powieści stanowią retrospekcje, w których, trzeba przyznać, nietrudno się pogubić podczas pierwszego zetknięcia z tekstem. Te same wydarzenia są także opisywane kilkukrotnie, z perspektyw różnych osób. Warto zwrócić uwagę, że młody wówczas Choromański pokazał nie tylko, w jaki sposób tytułowa zazdrość kształtuje ludzi i ich życie. Poświęcił bowiem sporo miejsca także rozważaniom na temat kłamstwa, w tym okłamywania samego siebie i wypierania ze świadomości bolesnych faktów.
"Zdrowie organizmu ludzkiego jest zbudowane na kłamstwie. Jedyną prawdziwą kuracją, do której pcha człowieka sama natura, jest oszukiwanie samego siebie"
Język jest ciekawy, dynamiczny, żywy. Bez zbędnych udziwnień, ale też nie przesadnie prosty. Znajdzie się kilka "perełek", ciekawych cytatów, nietypowych sformułowań. Narracja trzecioosobowa. Kompozycja klamrowa – ta sama scena zaczyna  kończy powieść. Lubię takie zastosowania.
Mnie się podobało, więc i Wam polecam.

niedziela, 20 listopada 2016

"Gedeon" - R. Kościuszko

Autor: Robert Kościuszko
Tytuł: "Gedeon"
Wydawnictwo: Kościuszko
Liczba stron: 149
Ocena: 4/10

Książkę polecono mi jako potencjalną lekturę na zajęcia z dzieciakami w piątej klasie podstawówki. Wszystko zapowiadało się naprawdę obiecująco - nawiązanie biblijne, postać wojownika, który miałby zachęcić moich uczniów do lektury... Ale potem przeczytałam "Gedeona" i przestało być tak kolorowo.
Uważam, że książki są wartościowe, jak mają ciekawą fabułę, dobry język czy innowacyjną formę. Omawiana pozycja jest natomiast koszmarnie napisana, choć sam pomysł nie był zły. Pan Robert Kościuszko chciał opisać przygody Gedeona, postaci pojawiającej się w Starym Testamencie. Książkę swą kierował do najmłodszych, aby w prosty i interesujący sposób przybliżyć im treść tego trudnego tekstu, jakim niewątpliwie jest Biblia. Więc co tu nie gra?
Język nie powala na łopatki. Dałoby radę go jakoś przeżyć, no ale nie powala. Dla mnie książka jest za brutalna i nakłania do dziwnych wniosków, których obecni chrześcijanie chyba nie chcieliby usłyszeć. Ale zacznijmy od początku: Gedeon w walce z najeźdźcą ma odcięte ramię. Tajemniczy Anioł go ratuje i nakłania do stawienia się wrogowi. Gedeon to robi, bo jest bardzo waleczny, ale w międzyczasie prosi swojego Boga chyba z tysiąc razy o ponowne, już naprawdę ostatnie znaki, by mieć pewność, że Siła jest po jego stronie. Okej, może tak jest w Starym Testamencie i autor chciał pokazać, że z tego Gedeona też był niezły niedowiarek. Ale przydałby się jakiś komentarz, jakieś wyprowadzenie tego, no cokolwiek!
Z lektury można wywnioskować, że:
- zwierzętom można zadawać ból, jeśli jest to na chwałę Pana: "Wielkie zwierzęta były ciągnięte sznurami zaczepionymi o kółka wsadzone w ich nozdrza. Ból wymuszał na zwierzętach całkowite posłuszeństwo". Naprawdę? Nie można było sobie tego darować, napisać po prostu, że Gedeon złożył ofiarę ze zwierząt?
- zabijanie w niektórych przypadkach nie jest takie najgorsze i nie trzeba mieć o siebie pretensji, jeśli się pozbawiło życia kogoś w słusznej sprawie. Ba! Bóg nawet pomoże w takim niewinnym grzeszku: "Cięli mieczami wrzeszczących Madianitów, rąbali ich z góry ciężkimi toporami".
Albo tu:
"Obaj trzymali za włosy obcięte, zakrwawione głowy" 
I jeszcze tu: 
"Zwarty, galopujący walec rozpychał na boki przerażonych Madianitów, tratując pod kopytami tych, którzy nie zdążyli uciec. Łamał ręce, nogi, przetrącał karki"

Język tekstu, tzn. jego prostota, wskazuje czytelnika w wieku około 10-12 lat. Jednak tego typu fragmenty jak te przywołane powyżej to, według mnie, gdzieś minimum 14 lat. To znaczy jasne, nie uważam, że dzieci wcześniej nie mają do czynienia z brutalnością, czy to w literaturze, czy to w filmie, czy w grach. Nie podtykałabym im jednak tego sama. Poza tym tekst nie ma jakiegoś tła, jakiegoś osadzenia, jakiś drogowskazów, komentarzy, które są - przynajmniej według mnie - potrzebne w literaturze dla dzieci. 
No nie wiem. Nie podobało mi się to. Chyba przede wszystkim dlatego, że wiedziałam, że rodzice moich uczniów oburzyliby się, gdybym znalazła inną książkę z tak brutalnymi scenami, ale nieinspirowaną Biblią. Tu, wydawało mi się, fakt, że historia pochodzi ze Świętej Księgi, miał z góry sprawić, że i książka będzie świetna i wartościowa.
Nie polecam. Nikomu. 

sobota, 22 października 2016

"Człowiek o 24 twarzach" - D. Keyes

Autor: Daniel Keyes
Tytuł: "Człowiek o 24 twarzach"
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 559
Ocena: 8/10

Kolejna książka z cyklu "przyjaciółka poleca" (ukłon w stronę K.). Co prawda przeczytałam tę pozycję już w czerwcu, ale jakoś ciągle we mnie dojrzewała opinia na jej temat.
Mamy lata 70. XX wieku. Jesteśmy w USA. Jakieś dziwne rzeczy dzieją się nieopodal jednego z uniwersytetów. Nieznany sprawca pojmuje kobiety, okrada i potem gwałci, zachowując się przy tym tak sprzecznie, jakby był wieloma osobami na raz. Przestępcą jest Billy Milligan, który szybko trafia za kratki. Jego zeznania sugerują, że nic nie pamięta, ale kto by chciał pamiętać, że zgwałcił niewinne dziewczyny...
A jednak. Milligan chce się zabić i wtedy przychodzi do niego pierwszy psycholog. Tak na świat powoli wychodzi zaskakujący fakt - w ciele jednego człowieka żyją dwadzieścia cztery osobowości.
Całą historię opisuje dziennikarz i pisarz, który bezpośrednio brał udział w sesjach terapeutycznych Billy'ego i rozmawiał z jego wieloma "cząstkami".
"No więc, jeżeli naprawdę dojdzie pan do wniosku, że pan chce, żeby ktoś o panu pisał, to mogę przedstawić panu znajomego pisarza, do którego mam zaufanie."
Dlaczego u kogoś dochodzi do takiego pomieszania? Co wywołuje pojawiania się kolejnych osobowości? Kiedy na świat przychodzi David, a kiedy Kevin? Jakim cudem człowiek jest w stanie być jednocześnie ośmioletnim chłopcem, homoseksualną dziewiętnastolatką, dystyngowanym Brytyjczykiem i wulgarnym zbirem z Jugosławii? A przede wszystkim: czy to w ogóle nie jest jakaś wielka ściema?
"Poszczególne osobowości należało zachęcić, żeby powiedziały, dlaczego istnieją. Należało też pozwolić im przeżyć na nowo sytuacje, które spowodowały ich powstanie."
Nie wiem, książka wstrząsnęła mną bardzo. Przy okazji jest napisana świetnie, pod tym względem, że przeczytać może ją każdy. Jednocześnie daje wiedzę, bo ten przypadek to fakt, a nie fikcja literacka. Nic więcej nie powiem. Dowiedzcie się sami, kim są "niepożądani" i kogo nazywano "nauczycielem".
"Aż strach było patrzeć na cierpienie malujące się na twarzy Billy'ego. Billy skulił się i opuścił wzrok. (...) Doktor George wiedział, że go stracił."
Książka pokazuje nie tylko chorobę psychiczną, ale też zmianę w postrzeganiu osób chorych przez wymiar sprawiedliwości. Przełomowy zatem moment dla psychiatrii, psychologii i sądownictwa. 
Ja uwierzyłam w historię Billy'ego w stu procentach, choć w głowie mi się to wszystko nie mieści.
Gorąco polecam!

niedziela, 18 września 2016

"Forrest Gump" - W. Groom

Autor: Winston Groom
Tytuł: "Forrest Gump"
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 238
Ocena:  8/10

W sumie, to nie wiem, co mnie nakłoniło do sięgnięcia po książkę, a tym bardziej co sprawiło, że przeczytałam ją akurat teraz. Filmu - jak to ja - oczywiście nie oglądałam, ale znałam te żarciki z biegającym lasem i takie tam. Wyobrażenie miałam takie - oto kolejna klasyka, pewnie ciężkawa, pewnie nasycona mądrością, której mój mózg nie zrozumie lub która mnie zanudzi, jak to bywało już w życiu nieraz. Jakież zatem było moje zdziwienie, gdy otworzyłam książkę i zobaczyłam taki oto początek:
"Jestem idiota od urodzenia. Mój iloczyn rozumu wynosi niecałe 70, więc się kwalifikuję. Przynajmniej tak twierdzą ci co się znają. Mówiąc fachowo to pewno jestem debil albo imbecyl, ale ja osobiście wole uchodzić za półgłówka..."
Tytułowy bohater opowiada zatem całą historię swojego życia, w którym, pomimo bycia debilem, miał masę przygód. Narracja jest dla mnie świetna - pierwszoosobowa, ze stylizacją właśnie na idiotę, który nie bardzo się przejmuje zasadami ortografii czy interpunkcji. Ale też bez przesady - błędy nie są wyolbrzymione, bo nie mają szokować czy brzydzić polonistów, tylko śmieszyć:
"Kiedy się urodziłem mama nazwała mnie Forrest - na cześć generała Nathana Bedforda Forresta co walczył w wojnie sukcesyjnej."
 Chłopak dorastał w takich czasach, gdy w Ameryce sporo się działo. Przez różne przypadkowe sytuacje uczestniczył w najważniejszych wydarzeniach, co z jednej strony jest ciekawe, ale z drugiej - czasem przesadzone i odrealnione. O co chodzi, sami zobaczycie.
Forrest jest przede wszystkim dobrym człowiekiem, który ma swoje przekonania i nie dostosowuje się do ogólnie przyjętych zasad. Ma też dużo szczęścia - ktoś jakby nad nim czuwa i popycha w dobrym kierunku.
"Może jestem idiota, ale nie jestem głupi"
Tak naprawdę nie wiem, co więcej Wam o tej książce powiedzieć. Cała lektura sprawiła mi niesamowitą przyjemność, nieraz się ubawiłam, a to nie jest wcale takie łatwe - w dobie obrazu rozśmieszyć słowem. Bardzo, bardzo gorąco Was nakłaniam do sięgnięcia po "Forresta Gumpa". Na 238 stronach brak bowiem miejsca na jakąkolwiek nudę!
Ale, jak coś - książka się nie nadaje dla dzieci (przynajmniej oficjalnie, nieoficjalnie można gimbazie podrzucić... ;). Oto przykładowy powód:
"Curtis ucieszył się jak dziecko na mój widok. Zaczął mi życzyć, żebym ch*jem na żyletkę trafił, zesrał się drutem kolczastym, poronił jeża i inne miłe rzeczy."
Tak. To by było na tyle.

środa, 7 września 2016

"Księga cmentarna" - N. Gaiman

Tytuł: "Księga cmentarna"
Autor: "Neil Gaiman"
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 286
Ocena: 5/10

Po tę pozycję sięgnęłam przede wszystkim ze względu na autora. Czytałam wiele przychylnych opinii na temat Gaimana jako twórcy literatury fantastycznej i jednocześnie tekstów adresowanych do młodych czytelników. Niestety - zawiodłam się.
Głównym bohaterem książki jest mały chłopiec, który ucieka jako niemowlę z domu, podczas gdy morderca pozbawia jego rodzinę życia. Tu już zgrzyt  - jeśli książka dla dzieci, to dosyć odważne rozpoczęcie.
No nic, chłopiec jakimś CUDEM ucieka przed mordercą i trafia na cmentarz, gdzie dusze pochowanych litują się nad nim i postanawiają się nim zająć. To akurat jest świetny pomysł - dziecko wychowywane przez duchy, uczące się dziwnych języków, zaklęć, historii z opowiadań tych, którzy wtedy żyli. Mieszkańcy cmentarza są dobrze wykreowani, budzą ciekawość i fascynują. Chłopiec dostaje imię - "Nikt", w zdrobnieniu "Nik".
Nik dorasta, uczy się nowych rzeczy, poznaje kolejnych mieszkańców cmentarza. Nie może wyjść poza upiorny świat, bo znajdzie go morderca. Tylko wśród zmarłych jest bezpieczny.
Nie podobał mi się opis jego dorastania. Odkryłam, że trudno, aby książka fantastyczna mi się podobała, gdyż przed autorem stoi niesamowite zadanie - musi wprowadzić mnie do stworzonego świata, a nie zalewać dziwnymi sytuacjami i faktami, jakby specjalnie chciał udziwnić fabułę. Niestety, przez Gaimana poczułam się właśnie zalewana... Wolałabym obserwować Nika przez rok, a dowiedzieć się delikatniej o jego przygodach, niż czuć się, że ktoś chce mi opowiedzieć teraz przez dwie godziny całe swoje życie i szybko przytacza te rzeczy, które według niego są najciekawsze.
Duży plus za pomysł i duży plus za zakończenie. Zostało perfekcyjnie obmyślone i rzeczywiście się nie domyślałam, że takie kwiatki wyjdą. Ale czytanie tej książki mnie męczyło, więc nie polecam. Sama mam zamiar sięgnąć po coś jeszcze Gaimana, żeby nie oceniać go po jednym tekście, ale po "Księdze cmentarnej" jakoś mi się nie spieszy. 

wtorek, 6 września 2016

"Krótka historia pewnego żartu" - S. Chwin

Tytuł: "Krótka historia pewnego żartu"
Autor: Stefan Chwin
Wydawnictwo: TYTUŁ
Liczba stron: 286
Ocena: 7/10
Książka jest na liście lektur z literatury XX wieku i - co za tym idzie - znalazła się w sylabusie jednego z seminariów magisterskich, które mnie interesują.
Jest to autobiograficzna powieść, której autor przypomina sobie, jak to było być dzieciakiem w Polsce Ludowej. Czas jego dzieciństwa przypada bowiem na lata 50. XX wieku.
Powieść ma formę wspomnień, trochę może gawędy? Warto zauważyć, że Chwin sporo rzeczy nie tyle sobie przypomina, ile próbuje wyobrazić, co też mógł czuć lub myśleć w danej chwili. To, co mi się rzuciło w oczy, to brak dialogów. Ale uśmiechnęłam się, gdy zdałam sobie z tego sprawę, bo tekst nie męczy. Narrator tak pięknie i lekko opowiada, że czyta się to miło i bez trudności.
Autor pisze o rodzinnym Gdańsku i okolicach, gdzie jako dziecko na każdym kroku widział ślady Niemców. Ślady, które budziły sprzeczne uczucia - z jednej strony nienawiść, ale z drugiej zachwyt. Nie można było tego powiedzieć na głos, ale to, co niemieckie, było po prostu... piękne.
"Chcieli piękna? Nie żadnego tam tępego porządku, (...) lecz właśnie piękna?"
Sztućce, domy, nawet gotyckie litery - wszystko to było perfekcyjne, porządne i piękne, choć bohater czuje, że to, co niemieckie, emanuje złem.
Przechadzając się po Oliwie razem z Chwinem, rozmyślałam nad rzeczami błahymi i nad tymi całkiem poważnymi. Że Hitler nie był pierwszym, który chciał stworzyć rasę doskonałą, piękną, silną. Że nie wszystkie sprawy są czarne czy białe - są też takie pośrednie, jak te piękne znaki złej historii.
"Pojawiło się zatem trudne pytanie: jak właściwie odróżnić dobro od zła, skoro dobro i zło wygląda zupełnie tak samo?"
Przede wszystkim "Krótka historia pewnego żartu" uświadomiła mi, jak bardzo wojna była obecna w świadomości pokolenia, które urodziło się zaraz po jej zakończeniu. Zaskoczyło mnie, że kilkuletnie dzieci zabierane były na wycieczki szkolne do kina, gdzie pokazywane były filmy propagandowe. Krwawe obrazy wzmacniające nienawiść do hitlerowców obok idyllicznych scen socrealistycznych.
"W piękne poranki sierpniowe, udręczony przepastnymi tajemnicami Historii szukałem ukojenia w powabach letniego powietrza, licząc, że bezlitosne bóstwa Pamięci dadzą mi wreszcie odetchnąć"
Powieść Chwina jest pięknie napisana: z ironicznym humorem, nieprzesadzonymi metaforami. W wielu momentach autor próbuje myśleć jak dziecko, pozwala swoim myślom dryfować, puszcza wodze wyobraźni i gdyba, i spekuluje, i wyolbrzymia, i opisuje, co widzi (a raczej mógł widzieć) jego naiwny, dziecięcy umysł.
Czytając tę książkę, miałam poczucie, że tak, teraz czytam dobrą literaturę polską, która ma prawo zapisać się w kanonie lektur obowiązkowych dla polonistów i lubiących XX wiek czytaczy. Jedyne co, to miałam małe pretensje do autora, że tak świetnie opowiada o Gdańsku, że człowiekowi chce się spakować i jechać tam od razu. I pointa - tak prawdziwa, jak bolesna:
"Był to świat zupełnie inny niż ten, w którym dzisiaj żyjemy. Tam chciano moją duszę zdobyć naprawdę, chodziło o to, by mieć ją naprawdę na własność i przerobić na własne kopyto (...). Ale [teraz] na mojej duszy, podobnie jak na duszy moich czterdziestu milionów braci (...), nie zależy nikomu"
Tekst niewątpliwie wartościowy i pod względem literaturoznawczym, jak i historycznym (a może nawet psychologicznym czy socjologicznym?), jest bowiem szczerą relacją kogoś, kto dorastał, czując nad sobą wszechwładną Rękę Wujka Stalina. 

środa, 3 sierpnia 2016

"Złodziejka książek" - M. Zusak

Tytuł:  "Złodziejka książek"
Autor: Markus Zusak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 495
Ocena: 8/10

Tak... "Złodziejka książek" to niewątpliwie jedna z tych powieści, o których nałogowi czytacze słyszeli. Zabierając się za nią, nie byłam przygotowana na nic - mam bowiem zwyczaj nie czytania o książce. Dla mnie każda pozycja to niespodzianka, więc nie chcę w żaden sposób się uprzedzać (no, najczęściej). Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy:
1. zabrałam tę książkę do NIEMIEC i odkryłam, że akcja dzieje się w tym właśnie kraju
2. zobaczyłam w recenzjach, że to książka dla najmłodszych (?!?!?!?!)
Pożyczyłam książkę od przyjaciółki i wzięłam ze sobą na wakacje. Od początku mnie ujęła, przede wszystkim tymi małymi wstawkami od narratora i samą narracją. Nigdy nie czytałam książki, w której narratorem byłaby Śmierć, do tego nie Pani Śmierć, a Pan Śmierć. Swoją drogą, wyjątkowo ludzki Pan Śmierć.
Główną bohaterką jest Liesel Meminger, niemiecka dziewczynka, która traci braciszka a sama zostaje oddana do rodziny zastępczej. Jej dzieciństwo przypada na najgorsze możliwe czasy - czasy wojny. Liesel nie jest zadowolona, że musi mieszkać u obcych ludzi pod Monachium. Do tego w szkole ma niezłe braki, a dzieci, jak to dzieci, wyśmiewają się z nowej koleżanki. Na szczęście chuda latorośl ma sporo siły i zawziętości, więc wystarczy jeden spuszczony koledze łomot, by zdobyć szacunek w szkole.
Oprócz tego, że została bez rodziny, boli ją jeszcze jedna rzecz. Liesel nie umie czytać, a bardzo ją do słów ciągnie. Słowa i książki nie tylko są dla niej ważne, ale też ratują jej życie i nie, nie jest to przenośnia...
Zusak porusza wiele kwestii. Kwestię przyjaźni, kradzieży, dobra i zła. Autor prezentuje nam kilka portretów niemieckich obywateli III Rzeszy, pokazując, że w większości są to normalni, zwyczajni ludzie, a nie jakieś potwory. Podoba mi się też to, że w "Złodziejce książek" sporo miejsca poświęca się zabawie, normalnemu życiu. Nie jest to obraz ciągle spadających na miasta bomb, choć w sumie to chyba jeszcze gorsze - wszystko wydaje się być normalne, spokojne, bezpieczne, aż nagle niknie z powierzchni ziemi. Podjęty jest też temat Holocaustu, bo rodzina głównej bohaterki przygarnia pod swój dach Żyda. Jedna z końcowych scen z udziałem owego mężczyzny jest tak wzruszająca, że przygotujcie chusteczki, serio.

Sama fabuła nie jest dla mnie porywająca. Tę książkę się szanuje przede wszystkim za narrację. Jest tu sporo metafor, ale gdy mowa o sprawach okrutnych, narrator nie owija w bawełnę i nazywa rzeczy po imieniu. Dodatkowo, w "Złodziejce książek" nie ma normalnej chronologii. Śmierci wszystko jedno, czy nas zainteresuje, czy nie, więc wiele faktów zostaje uprzedzonych. Wiemy wcześniej, kto zginie, a praktycznie ostatnia scena zostaje pokrótce opisana też na początku, choć nie wiadomo wtedy jeszcze, o co dokładnie chodzi.
Autor umie bawić się słowem, zdania są rewelacyjne - dynamiczne, dostosowane do sytuacji. Sam Pan Śmierć wzbudza tyle ciepłych uczuć, że aż mi go było szkoda, że musiał się tak męczyć podczas wojny. Wybranie takiego a nie innego narratora pozwoliło na wprowadzenie czarnego humoru, pełnego ironii i bezpośredniości.
Najczęściej narrator przybiera rolę obserwatora, który relacjonuje zdarzenia. Nawet nie obserwatora, bo mówi, że go tam nie było - informacje czerpie z dziennika Liesel, który sobie przywłaszczył. Czasem jednak przyjmuje rolę narratora prowadzącego, który namawia do wspólnej podróży po słowach.
Nie zakwalifikowałabym tej książki jak "dla najmłodszych". Jest jak najbardziej odpowiednia tak od 12, 13 roku życia, ale nie czułam, żeby była nieodpowiednia też dla mnie. Książka z serii "dla każdego".
Przyznam się, okej, płakałam. Bo "Złodziejka książek" nie jest pozycją, która zmieniła moje życie, była przełomem, cokolwiek - nie, tego od niej nie oczekujcie, bo nie taka jej rola. Ale dla mnie, dla osoby, która tak kocha książki jako przedmioty i książki jako słowa, historie, było to wielkie wzruszenie, gdy ją zamknęłam i pomyślałam sobie: "Ty też jesteś Złodziejką Książek. Kradniesz słowa po kawałku, czasem obżerasz się nimi, czasem masz ich dość. Tobie też nieraz ratują życie, gdy nie chcesz już o niczym myśleć i zostajesz tylko z nimi". Tak... Słowa, słowa, słowa.
Czytajcie, naprawdę czytajcie i podrzucajcie tym młodszym - może zrozumieją, jak cudownym przyjecielem może być Literatura.






wtorek, 26 lipca 2016

"Pochłaniacz" - K. Bonda

Tytuł: "Pochłaniacz"
Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: MUZA SA
Liczba stron: 671
Ocena: 7/10

Katarzyna Bonda należy do tego grona pisarzy, o których się coś tam słyszy, nazwisko kojarzy, takie tam. No, warto sięgnąć choćby po to, by wiedzieć,  kto to, jak pisze, czy dobre. Ja już dawno planowałam, ale akurat siostra mi pożyczyła teraz, więc - oto jest.
"Pochłaniacz" to pierwsza powieść kryminalna z cyklu o Saszy Załuskiej, choć ja bym powiedziała, że to kryminał psychologiczny albo nawet thriller. Sprawa dwóch zabójstw jest na planie pierwszym - takiego, które wydarzyło się 20 lat temu, i całkiem współczesnego.
Do Polski wraca Sasza Załuska, która próbowała kiedyś swoich sił w policji, ale cóż... Alkoholizm zrujnował jej karierę, więc wyjechała i poświeciła się psychologii śledczej.
"Rodzina ojca wyklęła Saszę, kiedy wyrzucono ją z policji. Bylo to dokładnie siedem lat temu."
Kobieta jest profilerką - zajmuje się określaniem portretu osoby podejrzanej o przestępstwo. Bonda się nie łudzi, że w polskiej policji jest to znany i szanowany sposób tropienia zabójców. Zresztą, Sasza nie garnie się do roboty. Wolałaby prowadzić spokojne życie, ale ktoś ją wkręca, a tego kobieta z charakterem znieść nie może. Idealna prowokacja. 
Powieść pokazuje działanie tak zwanej mafii bursztynowej na terenie Trójmiasta. Obnaża, jak wiele osób jest zamieszanych w podejrzane działania pozwalające bosowi mafii, Słoniowi, trzymać wszystko w szponach.
Do tych zabójstw dodać należy niezłą intrygę, znaną od dawna... Bliźniacy. Nikt nie wie, który to który, kiedy się zamieniają i kiedy są sobą.
"Friszke chwycił kartę wejściową, dał znak towarzyszowi. Wtedy tamten się odwrócił i ukłonił z szacunkiem. Luba oniemiała. Byli identyczni. Zanim ten drugi zawinął wokół szyi kraciasty szalik, dostrzegła przy jego kołnierzyku koloratkę."
Plusy: dokładne opisywanie śledztwa, ale nie nasycone specjalistycznym, niezrozumiałym językiem + dobre, naprawdę nieprzewidywalne zakończenie.
Minusy: za dużo kombinacji, jakby trzeba było tę powieść ulepszać i ulepszać, utrudniać i utrudniać... Dla osób takich jak ja także ilość postaci staje się kłopotliwa - musiałam nieraz wracać i sprawdzać, kto jest kim.
Język dobry. Książka dobra. Po Bondę jeszcze niejednokrotnie sięgnę i Wam też polecam.
Bo czasem jest śmiesznie, jest wulgarnie, ale przede wszystkim - ciągle jest ciekawie. Trochę tylko Sasza wydaje się być inspirowana panią Starling z "Milczenia owiec", ale nawet jeśli, to Harris jest dobrym wzorem do naśladowania w swym pisarstwie.
Wahałam się nad oceną - 6 czy 7? Ale stwierdziłam, że autorka bardzo dobrze się przygotowała do napisania tej książki. Niemalże jakby sama prowadziła to śledztwo. Dlatego 7, a nie 6, a co! trzeba doceniać.

niedziela, 1 maja 2016

"Kochając Franka" - N. Horan

Tytuł: "Kochając Franka"
Autor: Nancy Horan
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 494
Ocena: 4/10

Niektóre tytuły warto znać chociażby po to, by po nie nie sięgać. Taki przypadek pokrótce opiszę dziś.
Książkę poleciła mi siostra. Najczęściej mamy podobny gust, ale tutaj jakoś... No, trzy tygodnie się męczyłam. Nie wiem, może gust mi się na tych moich studiach wysublimował, a może to dlatego, że sięgnęłam po to COŚ zaraz po "Próchnie" Berenta. Poziom jest nieporównywalny i dlatego mój mózg tego nie przyswajał.
"Kochając Franka" to sfabularyzowana biografia architekta Franka Lloyda Wrighta. Ja nic o nim nie słyszałam, ale autorka uważa, że jest on "najsłynniejszym obywatelem Oak Park (drugi w kolejności jest Ernest Hemingway)". Ale tak naprawdę rola pierwszoplanowa należy do jego kochanki, Mamah Borhwick Cheney, która dla niego zostawiła swoją rodzinę. Mamah jest naprawdę ciekawą postacią - feministka, intelektualistka, tłumaczka... Jak na początek XX wieku (bo wtedy wszystko się rozgrywa) to bardzo odważna kobieta. Walczy o siebie i o swoje szczęście, o prawo do miłości. I do tego momentu wszystko okej.
"Miłość jest moralna, nawet jeżeli rodzi się w związku pozamałżeńskim. Małżeństwo bez miłości jest natomiast amoralne."
Ale w tej książce jest wszystko. Feminizm, architektura, romans, tragedia. Wątki nie przenikają się swobodnie, tworząc spójną całość. Są jak urywki. Raz narracja jest trzecioosobowa, raz przytaczana jako fragment pamiętnika Mamah.
Wydaje mi się, że autorka popełniła kilka anachronizmów. Dla niej to normalne, że na początku dwudziestego wieku kobiety sobie jeżdżą samochodami, zakochani chodzą do kina... Nie mówię nawet że jest to nieprawdopodobne, ale tak opisane... No, tragedia.
Nie wiem. Ja bym tę książkę wzięła i napisała od nowa. Warto było się przemęczyć dla zakończenia, bo naprawdę szokujące. Ogólnie - nie polecam.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Niemcy" - Leon Kruczkowski

Tytuł: "Niemcy"
Autor: Leon Kruczkowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Łódzkie
Liczba stron: 107
Ocena: 8/10

Ostatnio ciągle słyszę o tym dramacie w kontekście lektury szkolnej w gimnazjum. A że książkę mam, krótkie to, i dramat, to stwierdziłam, że przeczytam.
Zawsze interesowała mnie literatura wojenna. Sama historia dwudziestego wieku w sumie też. Czytałam, co popadnie: "Ziele na kraterze", "Kamienie na szaniec", "Zdążyć przed Panem Bogiem"... Jedynie Borowski mi nie przypadł do gustu ze swoimi opowiadaniami. Zatem uwierzcie na słowo - jako tako się znam. A jednak coś mnie jeszcze zaskoczyło...
"Niemcy" to dramat. To plus numer jeden. Dramat jest niedoceniany według mnie. Ja ten rodzaj literacki uwielbiam za prostotę przekazu. Najczęściej literatura poświęcona drugiej wojnie światowej to opowiadania lub wspomnienia w różnej formie zapisane. Kruczkowski wybrał co innego i, według mnie, idealnie dobrał sposób przekazu do tego, co przekazać chciał.
Długość. Plus numer dwa. Jest to treściwe, dynamiczne i dobitne na tych kilkudziesięciu stronach. Wystarczyło tyle by wstrząsnąć, jeśli ktoś postarał się przeczytać to z pewną refleksją.
Rok wydania. Plus numer trzy. Często teksty o tej tematyce ukazywały się później, już z perspektywy czasu. Tutaj pierwsze wydanie to rok 1949, czyli zaraz po wojnie. Autor więc ujął swój problem "na świeżo".
Perspektywa. Plus największy. No bo do czego jesteśmy zwykli, gdy czytamy literaturę wojenną? Do opisu obozów, do perspektywy ofiary. Oczywiście - nie zawsze (patrz: "Rozmowy z katem" Krall). Niemniej jednak przywykliśmy do rozczulających lub wstrząsających wspomnień OFIAR. A tutaj OFIARA zajęła się kwestią SPRAWCY. Autor bowiem podkreśla niejednokrotnie, że wojna to klęska dla narodu niemieckiego. Że to, co naród ten wypracował sobie przez wieki, zostało zaprzepaszczone przez jednego szaleńca. Że ludzie wierni Hitlerowi, mają opaski na oczach i zachowują się jak po praniu mózgu. Że ci, którzy czują wstręt do zbrodni, i tak ją popełniają, żeby zabezpieczyć swoją rodzinę.
Nie wszyscy Niemcy zabijali, bo chcieli. Wielu zabijało, by żyć.
Często też w kontekście tego dramatu poruszany jest temat obojętności. Czy obojętni są niewinni? Czy profesor biologii może zrzucić z siebie odpowiedzialność za to, że jego odkrycia naukowe wykorzystywane są w obozach? Czy może ratować swój autorytet i nie pomóc zbiegowi? Kto właściwie jest winny - czy tylko ci, którzy strzelają, czy też ci, którzy się temu przyglądają?
Te pytania zostawiam bez odpowiedzi. Nie umiem na nie odpowiedzieć i nawet się nie staram. Bo wiem, po tych wszystkich tekstach wreszcie wiem, że wojny nie zrozumie ten, kto jej nie przeżył.
Bardzo się cieszę, że jest to lektura. Może wzięłabym ją do liceum, żeby dyskusje były już na innym poziomie dojrzałości. Mimo wszystko - krok w dobrą stronę.
Polecam.

piątek, 8 kwietnia 2016

"Pinokio" - C. Collodi

Tytuł: "Pinokio"
Autor: Carlo Collodi
Wydawnictwo: SARA
Liczba stron: 124
Ocena: 7/10

Tak, kolejna książka dla dzieci, tym razem powszechnie znana. Na korepetycjach poproszono mnie o jej przerobienie, więc musiałam sobie przypomnieć tekst po tych kilkunastu latach. Zresztą, szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy "Pinokia" przeczytałam, bo wspominałam go jakoś niezbyt dobrze. Sama się sobie dziwię. Może dlatego, że nie lubiłam wtedy za bardzo czytać?...
W każdym razie czytanie teraz tej książki było rewelacyjną przygodą. Na trochę ponad stu stronach autor zmieścił tyle zwrotów akcji, że mowy nie było o nudzie! A takie prawdy, jak: "szanuj rodziców"; "słuchaj się starszych"; "nie kłam", były przekazywane zarówno wprost, jak i pośrednio.
Każdego na pewno irytowało zachowanie pajaca, który wciąż popełniał te same błędy. To był swoisty rodzaj irytacji, który pozwolił wyciągnąć pewne wnioski... No jak to tak można, naprawdę? Głupi Pinokio, nie wie, co czyni!
"Na widok pajaca, który z głową w błocie wywijał nogami z niesłychaną prędkością, wąż dostał takiego napadu śmiechu, że śmiał się i śmiał i śmiał, aż z tego nadmiaru śmiechu pękła ma żyłka w piersiach i tym razem umarł naprawdę."
Mamy tu przekrój postaci. Dobrych, złych i "mieszanych". Mamy różne fantastyczne elementy, takie jak wizyta w brzuchu wieloryba czy gadające zwierzęta. Świat Pinokia jest kolorowy, dynamiczny.
Powiem szczerze - nie mam do czego się przyczepić. Książka nie pierwszej świeżości, ale absolutnie na czasie. Nie czuje się, że ta opowieść liczy sobie już ponad 100 lat!
Więcej nie piszę - przeczytajcie sami! Sugerowany wiek według mnie to 8-10 lat.

poniedziałek, 29 lutego 2016

"Przykry początek" - L. Snicket

Tytuł: "Przykry początek"
Autor: Lemony Snicket
Wydawnictwo: EGMONT
Liczba stron: 172
Ocena:  7/10
Wreszcie! Wreszcie! To jest to! Ale spokojnie, do rzeczy...
Książkę mi chyba ktoś polecił kilka lat temu. Przeczytałam i mi się podobała, ale jakoś o niej zapomniałam. Na szczęście ostatnio leciała ekranizacja i sobie o tej pozycji przypomniałam.
"Seria niefortunnych zdarzeń" opowiada o osieroconym rodzeństwie. Wioletka, Klaus i Słoneczko stracili rodziców w strasznym pożarze. Na domiar złego dzieciaki trafiają pod opiekę Hrabiego Olafa, który rzekomo jest ich wujkiem. Gorszego opiekuna dzieci sobie wyobrazić nie mogły. Śmierdzący, szemrany typ, ot co.
Super opcją w tej książce jest narrator. Nie chowa się nigdzie, jest obecny, nawiązuje relację z młodym czytelnikiem. Już na samym wstępie zapowiada, że historia, którą ma zamiar opowiedzieć, nie zaczyna się ani nie kończy szczęśliwie. To prawda, smutna prawda, nawet irytująca, no bo jednak przykro czytać, jak dzieciom się dzieje krzywda...
Książka była gruba i trudna, więc Klaus z upływem nocy odczuwał coraz większe zmęczenie. Chwilami oczy mu się zamykały. Albo łapał się na tym, że czyta w kółko jedno zdanie. Albo łapał się na tym, że czyta w kółko jedno zdanie. Albo łapał się na tym, że czyta w kółko jedno zdanie. 
Bardzo podoba mi się to, jak narrator dostosowuje się do swoich młodych odbiorców. Tłumaczy co trudniejsze słowa, mówi, jak poprawnie należy zachować się w danej sytuacji.
"Ozięble" to wspaniałe słowo - niestety, nie odnosi się ono do zachowania Hrabiego Olafa wobec dzieci. Słowo "oziębły" znaczy: "nieskory do nawiązywania kontaktów z otoczeniem" - można nim określić, na przykład, kogoś, kto na przyjęciu stoi w kącie i z nikim nie rozmawia. To słowo nie stosuje się jednak do kogoś, kto trojgu ludziom zapewnia tylko jedno łóżko do spania, zmusza ich do ciężkich prac i bije po twarzy.
Uwielbiam te dzieciaki! Wioletka jest najstarsza i czuje się odpowiedzialna za swoje rodzeństwo. Interesuje się techniką, wynalazkami. Mądra z niej dziewczynka. Jej młodszy brat, Klaus, to czytoholik. Czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce. Ta jego pasja nieraz pomoże dzieciakom w uniknięciu katastrofy.
Klaus przez całe życie wierzył święcie, że wystarczy przeczytać odpowiednio wiele książek, a rozwiąże się każdy problem - teraz jednak nie był już tego taki pewien. 
A Słoneczko... To taka mała, rozczulająca kruszynka, która wszystko gryzie. Troje charakterystycznych, dobrze wychowanych dzieci, które pokazują, że brat czy siostra to najlepsi nasi przyjaciele. 
Przeczyłam tylko pierwszą część, ale na pewno zajrzę do kolejnych. Polecam przede wszystkim dzieciom młodszym, tak w okolicach czwartej klasy (przynajmniej tę część), ale ja czytałam już jako stara krowa, i też mi się podobało.

niedziela, 21 lutego 2016

"Dynastia Miziołków" - J. Olech

Tytuł: "Dynastia Miziołków"
Autor: Joanna Olech
Wydawnictwo: Literatura
Liczba stron: 198
Ocena: 5/10
Kolejna lektura dla dzieciaków, nawet sugerowana w spisie. I znów zawód. Już nie wiem, co czynić...
Jest to pamiętnik Miziołka, chłopca z podstawówki. Opisuje on perypetie swojej rodziny, w skład w której wchodzą Mamiszon, Papiszon, Kaszydło i Mały Potwór. Miziołek jest najstarszy spośród rodzeństwa i poznajemy rok z jego życia. Podczas ferii i wakacji chłopiec nie pisze pamiętnika, a listy i pocztówki do rodziny i znajomych.
Największym plusem książki jest fabuła, która potrafi wciągnąć. Humor też jest w dobrym guście i naprawdę te sytuacje komiczne śmieszą, a dobrze wiemy, że nie jest to takie logiczne. Nawet te oryginalne ksywki członków rodziny sprawiają, że człowiekowi jakoś cieplutko na sercu i miło.
"Zyzik mówi, że Marchewka to gamoń i że jest wiele sposobów, żeby zwrócić na siebie uwagę kobiety. Można jej podstawić nogę, można wrzucić kulkę lodów za bluzkę albo przylepić landrynę do włosów..."
Jest śmiesznie, jest ciekawie, jest wciągająco. To czemu się babo czepiasz i dajesz tylko 5/10?! A bo język... Tak. I to nie tak, że się mądrzę jako polonistka, bo po prostu pani Olech popełniła tyle nietaktów, że każdy to zauważy. 
Przede wszystkim nazywanie rodziców "starymi". Ja wiem, że może jestem jakaś staromodna, ale to chyba nie jest najlepsze określenie? Jeszcze rozumiem, gdyby Miziołek był nastoletnim buntownikiem, to okej, zabieg językowy miałby pewne wyjaśnienie i można by na to przymknąć oko. Ale ludzie! Ta książka jest adresowana do podstawówki i pod względem treści jak najbardziej nadaje się już dla czwartoklasisty! Ale ci "starzy" to jeszcze mały pikuś. Najbardziej wkurzył mnie tekst:
"Przykro mi to mówić, ale zauważam u moich starych pierwsze objawy spierniczenia"
Chcielibyście, żeby Wasze dziecko tak o Was mówiło? Co innego myśleć, a co innego mówić, czy nawet pisać. Ale coś, co jeszcze bardziej mniej zirytowało, to liczne anachronizmy. Ludzie! Które współczesne dziecko powie "cenzurka" zamiast "świadectwo" albo "pulpit" zamiast "blat"? Która nauczycielka wali linijką po łapach? Pani Olech próbowała być super, ale zapomniała, że już nie mamy lat sześćdziesiątych i trochę się jednak pozmieniało. Fakt faktem, że książka jest z lat 90., ale zrobiłam wywiad i moja starsza siostra również nie używała już takiego słownictwa.
"Chłopaki zaczęły się kłócić o to, jak nazywają się mieszkańcy Pupek - jedni mówili, że Pupkowiacy, drudzy, że Pupkownicy. Ja myślę, że najładniej by było Pupiszony"
Poza tym zdarzyło się kilka słów, które jakoś mi nie pasowały do języka dzieciaka z podstawówki, np. "autokracja" czy "wyższa instancja". No, ale załóżmy, że Miziołek był po prostu inteligentny.
Uważam, że książkę trzeba by było wziąć i przepisać bez tych głupich tekstów o rodzicach i staromodnego słownictwa i byłaby to naprawdę bardzo miła lektura. Ale ten tekst o "spierniczeniu starych" tak mnie wkurzył, że raczej jej nie polecę! 
Macie na koniec okładkę. Tak, ilustracje w środku są równie przebrzydłe. 

niedziela, 24 stycznia 2016

"Tylko nie gotujcie Kopciuszka" - F. Simon

Tytuł: "Tylko nie gotujcie Kopciuszka"
Autor: Francesca Simon
Wydawnictwo: ZNAK
Liczba stron: 99
Ocena: 5/10

Kolejna książka, której fragment ukazał się w jednym z podręczników do klasy czwartej szkoły podstawowej. A że bardzo krótka, z dużymi literami i obrazkami, to przeczytałam w przerwie od "Faraona" Prusa (tak, recenzja już niebawem).
Do jednej szkoły trafiają przedstawiciele jasnej i ciemnej strony mocy z różnych bajek. Znamy ich wszyscy. Ci dobrzy są w klasie Pani Dobrej Wróżki i stanowią grupę maluchów, ci starsi natomiast szkoleni są w byciu wstręciuchami przez Panią Złą Wróżkę. Cóż za piękna dychotomia, jakie ładne podkreślenie, kto jest dobry, a kto zły!
Kogóż więc znajdziemy w książce? Trolla, Kopciuszka ze złymi siostrami i macochą, Śpiącą Królewnę i Złą Królową, Dużego Złego Wilka i Małe Świnki Trzy, Jasia i Małgosię z Baba Jagą oraz inne, równie kultowe postacie. W klasie Pani Dobrej Wróżki dzieci uczą się tego, czego przeciętny uczeń - czytania, pisania, liczenia...  W klasie Pani Złej Wróżki dodatkowo dowiadują się, jak przygotowywać posiłki z "dzieciny", być jeszcze bardziej niemiłym i podstępnym. Bardzo dobry pomysł! Naprawdę świetny i już widzę koncepcję: najpierw dziecko czyta wszystkie te baśnie, a później omawianą pozycję. Ale oprócz dobrego pomysłu trzeba jeszcze umieć sprawnie to wszystko opisać, a tu już gorzej.
Nie wiem, może jestem za czepialska, ale nie podoba mi się, gdy jeden z bohaterów pluje na drugiego, nawet jeśli jest to przedstawiciel złej klasy. I kilka tego typu zachowań można w książce znaleźć. Pozbyłabym się tego i zamieniła na jakieś uszczypliwe żarciki, ale nie tak obleśne. Dodatkowo bym wątek rozwinęła. Tu akcja dzieje się praktycznie kilka dni, które w sumie zlewają się w jeden. Na końcu oczywiście zła klasa przegrywa i zostaje wypędzona ze szkoły. Brak jakiś epizodów, czytelnik czuje niedosyt! Bez problemu można by zrobić kilkakrotnie grubszą książkę podzieloną na autonomiczne rozdziały.
Podoba mi się to, że autorka ukazuje, że nawet ci, którzy nie chcą zostać inteligentami, a po prostu spełnić się zawodowo w jedzeniu dzieci czy zatruwaniu piękniejszych od siebie, muszą umieć czytać, pisać i liczyć. Łatwo można sobie to przełożyć na realia polskiej szkoły ("po co mi to czytanie, jak chcę zostać fryzjerką?!"):
"Jak zatem zamierzacie ugotować Kopciuszka, skoro nie umiecie przeczytać przepisu? Jak chcecie rzucać czary na odległość, jeśli nie potraficie pisać? I jakim cudem będziecie wiedzieć, ile okien ma być w domku z piernika, jeśli nie potraficie liczyć?"
Czy polecam? Tak. Młodszym dzieciakom może się to spodobać, a pomysł otwiera drogę do omawiania baśni. Uważam, że idealny tekst do przerabiania we fragmentach (jeśli mówimy tu o wykorzystaniu go na zajęciach). Ale nic się nikomu nie stanie, jak przeczyta całość, spokojnie.Nie ma tam jakiś oburzających treści, czyta się szybko i miło. A można się dowiedzieć, że trolle mają pchły i śpiewają piosenki! Podrzuciłabym dzieciom w przedziale 7-10 lat. 

piątek, 22 stycznia 2016

"Czerwony smok" - T. Harris

Tytuł: "Czerwony smok"
Autor: Thomas Harris
Wydawnictwo: AMBER i MIZAR
Liczba stron: 287
Ocena: 8/10

Są tacy autorzy, którzy swoimi tekstami wzbudzają takie emocje, że nie da się ich zapomnieć. Czytasz książkę i mózg paruje Ci od myślenia, a oczy wychodzą z orbit, próbując jak najwięcej tekstu złapać na raz. Taki jest właśnie Thomas Harris.
Praktycznie wszyscy słyszeli tytuł "Milczenie owiec". Głośna ekranizacja ze znakomitym Hopkinsem w roli głównej przyczyniła się też do popularyzacji samej powieści. Ale nie każdy wie, że postać słodkiego Hannibala Lectera występuje w czterech książkach Harrisa. Pierwszą z nich jest właśnie "Czerwony smok".
Will Graham nie bawi się już w szukanie seryjnych morderców. Po ostatniej akcji, której o mało nie przypłacił życiem, odpoczywa z ukochaną u boku i próbuje nie myśleć o swojej przeszłości. Kiedy jednak dochodzi do dwóch zbrodni, w których w pomysłowy sposób zostają zamordowane dwie rodziny, Will wraca do gry.
To nie jest tego typu thriller, w którym nie znamy sprawcy do ostatniej strony. Nie, poznajemy go i narrator przybliża nam jego postać. Wiemy, że zabójcą jest Szczerbata Lala, zakompleksiony mężczyzna z zajęczą wargą. Matka oddała go do sierocińca, z którego "uratowała" chłopca babka. Chyba lepiej by było, gdyby Dolarhyde został już w tym sierocińcu. Babka bowiem miała poważne problemy ze zdrowiem psychicznym, a wspomnienie tego, jak chciała mu odciąć siusiaka, dręczy go do ostatnich chwil.
"Strach jest wytworem wyobraźni. To kara, cena, jaką płaci się za wyobraźnię"
To na czym polega fenomen tego tekstu, jeśli nie na odgadywaniu krok po kroku kim jest zabójca? Na podgatunku. Tak, na podgatunku. Bo to jest thriller PSYCHOLOGICZNY. Razem z Grahamem chcemy poznać psychikę mordercy, który dostaje erekcji przy zabijaniu niewinnych ludzi. Chcemy rozgryźć jego zagadkę i trzymamy kciuki za policję, żeby udało jej się powstrzymać szaleńca przed kolejnym zabójstwem. Czy się uda? Zobaczymy. Zakończenie jest trochę przesadzone, ale jednak racjonalnie wytłumaczone i mieści się w granicach prawdopodobieństwa.
A co z doktorem Lecterem? Jaką on pełni rolę w całej tej historii? Niby niewielką, stanowi bowiem postać drugoplanową, ale jednak wpływa na rozwój wypadów. No i przede wszystkim tu go czytelnik poznaje. Nie ten czytelnik współczesny, a ten, który kupił książkę w latach 80., zaraz po wydaniu. "Milczenie owiec" ukazuje się dopiero 7 lat później.
"Jego puls nie przekroczył osiemdziesięciu pięciu. Nawet kiedy wyrywał jej język"
Harris mnie kupił. Lecterem, swoim stylem, wplątaniem postaci Williama Blake'a.
Prawdziwa uczta dla mózgu. Polecam wszystkim, przede wszystkim tym, którzy chcą rozpracować mechanizm myślenia mordercy. Nie ma się praktycznie do czego w tej książce przyczepić. Za to jest za co podziwiać i chwalić.

piątek, 15 stycznia 2016

"Dziennik cwaniaczka" - J. Kinney

Tytuł: "Dziennik cwaniaczka"
Autor: Jeff Kinney
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 221
Ocena: 5/10
Kolejna pozycja dla tych trochę młodszych. Książkę poleciła mi jedna z moich "uczennic". Podobno ciągle czyta cały cykl. A że na zajęcia miałam przeczytać jakąś współczesną książkę dla dzieci lub młodzieży, to stwierdziłam, że sięgnę po ten tytuł.
Tłumaczenie tytułu nie jest udane. Oryginał brzmi "Diary of a Wimpy Kid", więc raczej "Dziennik mięczaka". Głównym bohaterem książki, a zarazem narratorem, jest Greg Heffley i rzeczywiście bliżej mu do mięczaka, niż do cwaniaczka . Rozpoczyna naukę w gimnazjum (amerykańskim, bo Greg jest z USA), co oczywiście średniawo mu się podoba. Ma zamiar zdobyć sławę w szkole i ma wiele pomysłów, jak osiągnąć swój cel.
"A jeżeli ona [mama] myśli, że będę tu pisał o swoich "uczuciach" albo innych takich, to chyba zwariowała"
Na początku chciałam kolorowymi karteczkami zaznaczać śmieszne momenty, ale szybko się okazało, że na każdej stronie musiałabym przykleić takową kartkę. Efekty humorystyczne i w ogóle percepcję tekstu ułatwiają rysunki, które znajdują się na absolutnie każdej stronie. Nic więc dziwnego, że książkę da się przeczytać za jednym podejściem.
Poza przedstawianiem typowo szkolnych sytuacji, Greg opowiada też o swojej rodzinie. Dwóch braci - jeden młodszy, drugi starszy - to istna kopalnia nowych przygód. 
No co tu się dużo rozpisywać... Książka dobra, godna polecenia przede wszystkim dzieciakom, którym czytanie idzie mozolnie. Przez dużą ilość rysunków tekstu nie ma za dużo i jest prosty. Tylko pytanie, w jakim wieku powinien być potencjalny odbiorca? Jest to kwestia sporna - wśród różnych recenzji znalazłam wiele rozbieżnych opinii. Moim zdaniem idealny jest drugi etap edukacyjny, czyli klasy 4-6. Dla gimnazjalistów będzie to za nudne i za infantylne. Dla młodszych dzieciaków w sumie też okej, tylko te obraźliwe słowa nie do końca.
Nie da się z tekstu wyciągnąć żadnego wniosku typu "warto pomagać" czy "nie można nikogo oceniać po wyglądzie". To nie tego typu książka. Ta pozycja ma przede wszystkim ciekawić, bawić i sprawiać PRZYJEMNOŚĆ.
Dlaczego warto ją polecić dzieciakom?
1. Łatwy tekst i obrazki - tak jak już wcześniej powiedziałam - ułatwiają czytanie.
2. Nie jest to lektura, z której aż bije dydaktyzmem, więc niechętni do czytania mogą się przekonać, że nie wszystko, co poleca dorosły, jest słabe i nudne.
3. Książka to część cyklu, więc istnieje duża szansa, że zaciekawiony czytelnik sięgnie po resztę części i przeczyta więcej w miesiąc niż przez całe swoje życie.
4. Na tym przykładzie można porównać tekst do filmu, bo pozycja doczekała się ekranizacji.
5. Świat Grega jest bliski dzieciakom i opowiada o czasach współczesnych (książki ukazują się od 2007 roku).
A Wam, dorośli czytelnicy, również polecam! Nic nie stracicie, bo czasu zajmuje to niewiele, a można się kilka razy szczerze uśmiechnąć.

niedziela, 10 stycznia 2016

"Dziewczyna z pociągu" - P. Hawkins

Tytuł: "Dziewczyna z pociągu"
Autor: Paula Hawkins
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 327
Ocena: 7/10

Na świeżo piszę. Dwie godziny temu skończyłam czytać, ale chwilę trwało, zanim zeszły ze mnie emocje. Tradycyjne pytanie - skąd ją dorwałam? Też jeżdżę pociągiem. I tam była reklama. Na peronie. Piękny zbieg okoliczności. Obym nie doświadczyła tego, co TA dziewczyna z pociągu. A że przyjaciółka akurat sobie zakupiła tę książeczkę, to pożyczyłam i połknęłam.
Nie jest to książka, która od początku do końca trzyma w napięciu. I to mi się podoba. Napięcie rośnie systematycznie, ale już 50 stron przed końcem nie da rady się oderwać, po prostu nie ma takiej opcji.
Na początku jest spokojnie, bardziej jak w dramacie lub książce obyczajowej. Ale to przedstawienie szerszej perspektywy jest niezbędne i pozwala na wytworzenie pewnego obrazu, a nawet więzi z postaciami.
Główna bohaterka to Rachel, która zmaga się z problemem alkoholowym i tęsknotą za byłym mężem. Mąż ją zdradzał, aż w końcu dla kochanki porzucił. Cóż, Rachel większości swoich wybryków nie pamięta, bo była nachlana, ale z opowiadań Toma - byłego męża - wynika, że nie była zbyt zrównoważona.
Pierwszy, według mnie poruszający wątek. Widzę Rachel oczami wyobraźni i wiem, jak to jest, kiedy jest się uzależnionym. I wiem, jakie ma się poczucie winy, jak się nienawidzi samego siebie. Kobieta ma nie tylko problem z alkoholem, ale też ze swoją psychiką. Nie jest już pewna, kim jest. Pewne wydarzenia, które Tom jej opisywał, pamięta inaczej i nie wie już, czy może w ogóle ufać swoim wspomnieniom. Nigdy tego nie doświadczyłam, ale domyślam się, że musi to być tragiczne. Masz czarną dziurę w głowie i nie wiesz, czy to, co widzisz, to Twoja wyobraźnia, czy realne wspomnienia.
Pewnego dnia przypomnienie sobie tego, co się działo, staje się dla Rachel kwestią najważniejszą. Na tyle ważną, że robi coraz dłuższe przerwy w piciu. Musi zachować trzeźwość, żeby dowiedzieć się, co się stało tej lipcowej soboty...
Główna bohaterka codziennie jeździ pociągiem do pracy do Londynu, choć już kilka miesięcy temu ją wylali. Boi się jednak przyznać przed światem, jak nisko upadła. Dlatego codziennie, od poniedziałku do piątku, mija dwa domy, które są dla niej ważne. Jeden przypomina jej o przeszłości - to tu mieszkała z Tomem, tu spędziła najszczęśliwsze chwile swojego życia. Tom dalej tam mieszka, śpi na tym samym łóżku, na którym się kochali. Ale śpi z Anną, ze swoją nową żoną. Oglądanie tego domu codziennie otwiera ranę, więc naprawdę nie wiem czemu Rach ma do siebie pretensje, że tak z nią źle.
Drugi dom to gniazdko Jess i Jasona. Rachel nie ma pojęcia, czy się tak nazywają. Po prostu często ich widzi i wydają się być idealną parą, więc załamana alkoholiczka wyobraża sobie ich cudowne życie i bardzo im zazdrości. Aż widzi zdjęcie swojej Jess i dowiaduje się, że ma na imię Megan i od kilku dni uznawana jest za zaginioną.
Rachel coś widziała, ze swojego ciepłego pociągu w drodze do wyimaginowanej pracy. Coś, co może wpłynąć na śledztwo w sprawie zaginionej kobiety. A do tego była tam w dniu zaginięcia kobiety i czuje, że uciekające jej wciąż wspomnienia mogą okazać się kluczowe.
"Nie jestem już tylko dziewczyną z pociągu, która jeździ tam i z powrotem bez żadnego celu"
Niestety życie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Tym bardziej gdy czujesz, że coś wiesz, ale za cholerę nie możesz sobie przypomnieć co. Dodajmy, że na policji nikt nie bierze Cię serio, bo przecież jesteś alkoholiczką i nękasz swojego byłego męża.
Jestem dumna z Pauli Hawkins. Historia nie jest taka, że od razu wiesz na bank, kto jest winny, a kto nie. Wszystkie fakty, które wychodzą na jaw, mają potem jakieś znaczenie. I do tego narracja pierwszoosbowa prowadzona jest z perspektywy trzech uczestniczek zdarzeń - Rachel, Anny i Megan. Przede wszystkim liczy się Rachel, ale Megan przenosi nas o ponad rok wstecz, przez co poznajemy tło wydarzeń i jeszcze bardziej kręci nam się w głowie od domysłów.
Brawa dla tłumacza. Nie wiem, jak tekst brzmi w oryginale, ale w polskiej wersji jest to naprawdę dobry język. Barwny, ale prosty i przyjemny. I ten motyw wyliczanki, która pojawia się trzykrotnie w książce, niczym jakaś zła wróżba:
"Jedna sroczka smutek wróży, dwie - radości pełne dni..."
 Oraz niedopowiedzenia. Na przykład tutaj: "To nie jego telefon. Nie jego, tylko jej". Nie, nie wiemy z kontekstu czyj jest ten telefon. Trzeba się tego domyślać, trzeba czekać w napięciu na rozwikłanie, a właśnie kończy się kwestia Anny, trzeba będzie poczekać, trzeba przeczytać jeszcze kilka stron, żeby się dowiedzieć. Piękny język niedopowiedzeń.
Polecam, bardzo gorąco polecam. Nic ciężkiego, choć w pewnym momencie aż skręca człowieka od tego ciągłego zastanawiania się: KTO. Przekonajcie się sami, co widziała dziewczyna z pociągu i gdzie jest Megan.

piątek, 8 stycznia 2016

"Opowieści straszne i niestraszne" - C. Funke

Tytuł: "Opowieści straszne i niestraszne"
Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: EGMONT
Liczba stron: 197
Ocena: 4/10

Fragment książki był w jednym z przeglądanych przeze mnie podręczników do klasy czwartej. A że tworzę sobie taką listę książek dla dzieciaków, to i ta się na niej znalazła i przeczytałam. I się niestety zawiodłam...
Tytuł sugeruje, że w książce mały czytelnik przeżyje sporo przygód, w tym takich, które postawią mu włoski na rękach. Forma książki to króciutkie opowiadania. Już tutaj niestety widać pierwszy minus... Opowiadania te nie spełniają podstawowych wymagań swojego gatunku. Są jakby zalążkiem, nierozwiniętym tekstem, który dopiero może przeistoczyć się w coś dobrego. Najczęściej pomysł jest dobry - "rycerka", która walczy dużo lepiej niż mężczyźni; smok, który połyka dzieci; prawdziwy upiór w strasznym tunelu w wesołym miasteczku. Ale autorka nie pokusiła się o budowanie kreacji, o jakieś napięcie, akcję. Tytuł więc nie do końca odpowiada treści, bo teksty są po prostu za mało wyraziste, żeby można było się czegoś przestraszyć czy zachwycić.
Tak naprawdę nie mogę więcej dodać. Książka moim zdaniem idealna do czytania dzieciom do snu, bo teksty są na tyle krótkie, że przy jednym czy dwóch zmęczony maluch zaśnie. A historie, jak powiedziałam, nie są same w sobie złe, tylko jakby niedokończone.
Z całego zbioru podoba mi się najbardziej opowiadanie "pożeracz książek", w którym tytuł jest rozumiany dosłownie. Mały chłopiec dziedziczy skrzynię z książkami po dziadku i gdy ją otwiera, znajduje w niej świnkę morską. Zwierzątko posila się książkami, to znaczy DOSŁOWNIE je je, ale przy okazji akt jedzenia pozwala śwince na poznanie treści i przenosi ją w wyimaginowany świat. Dlaczego akurat to opowiadanie mi się podoba? Bo jest w dwóch kontekstach użyte wyrażenie "pożeracz książek" - w dosłownym, gdy mówimy o śwince, i w przenośni, gdy mamy na myśli zmarłego dziadka, który "był prawdziwym pożeraczem książek. Zaliczał nawet trzy dziennie". Fajna zabawa językowa.
Jeśli macie chwilę, to możecie sami tę pozycję sprawdzić. Przede wszystkim polecam rodzicom, którzy czytają dzieciom na dobranoc. Bez problemu teksty nadają się dla maluchów od piątego, szóstego roku życia. Dla czwartoklasistów lektura z lekka infantylna.