poniedziałek, 16 listopada 2015

"Gnój" - W. Kuczok

Tytuł: "Gnój"
Autor: Wojciech Kuczok
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 213
Ocena: 6/10
Słyszałam o tej książce, potem o samym Kuczoku i jakoś miałam ochotę przeczytać. I stało się, szybko, bezboleśnie, bo tekst krótki i niewymagający maksymalnego skupienia.
Książka jest podzielona na trzy części: przedtem, wtedy i potem. W każdej z tych części występuje główny bohater - t e n dom. Historia budynku i jego lokatorów opowiadana jest z perspektywy chłopca, który już co prawda jest dorosłym mężczyzną, ale okres dzieciństwa wciąż wraca w jego wspomnieniach.
Najmniej ciekawa w moim odczuciu jest część pierwsza, w której jest a to o powstaniu domu, a to o losach rodziny starego K. (tak nazywa swojego ojca bohater; swoją drogą, od razu kojarzy mi się z Józefem K. z "Procesu") i rodziny jego żony, a to o sąsiadach, którzy zamieszkiwali parter budynku po wojnie. Takie tło do przyszłych wydarzeń, które już bardziej ciekawią.
Część zatytułowana "wtedy" skupia się na dzieciństwie bohatera-narratora, który wychowywany jest przede wszystkim przy pomocy pejcza. Dla starego K. bowiem metody tresury psów były idealne do wykorzystania także na dzieciach rasy ludzkiej. Że dziecko takie miał tylko jedno, to na nim mógł skupić całą swą siłę i uwagę. Kuczok nie opisuje brutalnych scen, a jedynie zarysowuje mechanizm. Od narratora dowiadujemy się, że można dostać karę zaległą, że dziecko bite na każdym kroku ma ochotę ojca zabić.
"Czekałem więc na tę wojnę, że może się jakaś nadarzy, żebym mógł jej zaznać, a przy okazji zastrzelić starego K."
Takie myśli to nic dziwnego. Jest nam źle, nie mamy siły żyć - marzymy o nieuleczalnej chorobie; ktoś niszczy nasze szczęście każdego dnia - marzymy o wojnie. A mimo to jest i druga strona medalu. Za ojcem się tęskni. Nawet za takim, który bije. Kiedy mały bohater trafia do sanatorium, chce jak najszybciej wrócić do domu - choć jest tam stary K. A i ów treser, dzierżący w ręku ciężki pejcz, miał swoje chwile słabości i wzruszeń. Można więc powiedzieć, że Kuczok postarał się pokazać wszystkie aspekty osobowości swoich bohaterów i relacji w tej rodzinie. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że stary K. powinien utonąć w szambie, ale okazuje się, że niekiedy przejawia ludzkie odruchy.
Ciekawą kwestią w tej książce jest język. Za to moja nota poszła o jeden punkt do góry. Autor nie popełnił żadnej gafy, wszystko jest przemyślane i do siebie pasuje. Mnóstwo poprzekręcanych przysłów, śmiesznych neologizmów i stylizacji na swobodny dialog.
"Najmojejsza ukochanka żonkowa była obrażona..."
Jest też gwara śląska, bo gdzieś tam rozgrywają się wydarzenia. A także przekleństwa, jak to w każdej rodzinie.
"Ty pieroński kurwiorzu, ty szmaciorzu, ty luju cmyntarny, jo-ci-dom!!!"
"Ty wściekła suko tam na górze uspokoisz ty się albo dzwonię po policję, ty szmato ty kurwo ty hieno cmentarna, ja-ci-dam!!!"
 No. Jest wszystko. Jest zdziwaczały brat starego K. i jego siostra, świecka zakonnica. Jest kolega z sanatorium, który chciałby mieć jakiegokolwiek ojca, nawet alkoholika. Są chuligani, którzy w niedzielę w kościele grają rolę świętych ministrantów.
Autor obnażył nie tylko mroczne tajemnice polskiej, patriarchalnej rodziny, ale i przyjrzał się całemu społeczeństwu z jego plamami i uprzedzeniami.
Po tych wszystkich informacjach warto zastanowić się nad znaczeniem podtytułu: "antybiografia". Ja to rozumiem dwojako: jako manifest autora "ludzie, nie, stary K. to nie mój ojciec i nie opowiadam o sobie" albo -co bardziej mnie przekonuje - że tak NIE POWINNA wyglądać niczyja biografia.
Polecam przede wszystkim ze względu na język i fakt, że czyta się bardzo szybko. Poza tym, choć Kuczok nie opisuje krwawych scen znęcania nad dzieckiem, to i tak szokuje i zmusza do refleksji.

poniedziałek, 9 listopada 2015

"Marta" - E. Orzeszkowa

Tytuł: "Marta"
Autor: Eliza Orzeszkowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Lubelskie
Liczba stron: 223
Ocena: 6/10

No, drodzy Państwo. Zapowiadałam, że będą też teksty mniej znane i starsze. Oto jeden z nich, moja tegoroczna lektura na historię literatury...
Ta pozycja to powieść tendencyjna, znana także pod nazwą powieść z ideą. Chodzi o to, żeby jakąś ideę ludziom przekazać, zaszczepić. Nie wzruszyć. Nie zaintrygować. Nie zaciekawić. Realnie wpłynąć na czytelnika, zmienić jego postawę, pokazać mu to, na co prawdopodobnie nie zwracał uwagi.
"Marta" liczy sobie ponad 100 lat, ale nie jest niezrozumiały dla nas tekstem. Wydana w 1873 roku książka pani Orzeszko opowiada historię wdowy, która próbuje jakoś poskładać swoje życie po śmierci męża.
Jak to bywało w tamtych czasach, tytułowa Marta nie pracowała. Utrzymywał ją ukochany, który niestety umarł zbyt młodo, zostawiając bez żadnych środków żonę i małą córeczkę. Pani Świcka, choć zrozpaczona, bierze sprawy w swoje ręce. Sprzedaje niemalże wszystkie rzeczy, przeprowadza się z córeczką do małej izby i zaczyna szukać pracy. Dziś poszłaby do Biedronki, potem do jakiegoś ośrodka pomocy dla samotnych matek i o - żyłaby może skromnie, ale spokojnie i w umiarkowanym szczęściu. Ale nie wtedy...
Pierwszy punkt w poszukiwaniu pracy to swoiste pośrednictwo, w którym znaleźć coś dla siebie mogą nauczyciele różnych profesji. Marta umie grać trochę na fortepianie, trochę rysować, trochę mówić po francusku. Pani ją przyjmuje i owszem, ma dla niej pracę. Niestety tylko przy uczeniu francuskiego, bo rysunku zwyczajowo uczą mężczyźni, a na fortepianie Martuśka gra przeciętnie. Szczęśliwa kobieta zaczyna więc naukę młodej panienki, która o dziwo przerasta ją swoimi umiejętnościami. Cóż. Bohaterka powinna pewnie udawać, że umie i ciągnąć farsę najdłużej, jak to możliwe. Ale Marta jest dumna i uczciwa, dlatego też po miesiącu, w którym daremnie próbowała uzupełnić luki w wykształceniu, rezygnuje z pracy i nawet nie przyjmuje wynagrodzenia. Potem szuka pracy naprawdę wszędzie, gdzie tylko może. Odrzucono ją jako sprzedawczynię (bo to dla facetów), jako rysownika (bo za mało umie), jako tłumaczkę (znów za mało umie)... No, nazbierało się tego. Każde niepowodzenie coraz bardziej ją załamywało. Czuje się po trosze winna, ale z drugiej strony: skąd mogła wiedzieć, że owdowieje? Skąd mogła wiedzieć, że
"Kobieta wtedy tylko utorować sobie może drogę pracy, zdobyć byt niezależny i położenie szacunek nakazujące, jeśli posiada wyłączny jakiś talent lub doskonałą jaką umiejętność."?
Kobieta. Bo z mężczyznami to co innego. Oni mogą więcej w świecie Orzeszkowej, są zdecydowanie nad kobietami.
Marta jest dumna, ale choroba i głód dziecka dumę tę jej po trosze wyrywają. Zaczyna żebrać. Kradnie. Mimo wszystko, nie przyjmuje propozycji udzielonej przez swą dawną przyjaciółkę, Karolinę... Jak się skończy jej historia? Kto jest odpowiedzialny za jej los?
Nie jest to tekst trudny. Nie jest też nudny, przynajmniej według mnie. Idealnie pokazuje walkę z losem, tamte realia i pozycję ówczesnych kobiet. Ma też to, co powinna mieć powieść tendencyjna - przesłanie, które brzmiałoby mniej więcej w ten sposób: "Ucz się babo za młodu, bo ci mąż umrzeć może, a ty zginiesz w świecie bez żadnego dobrze opanowanego fachu!". Niby XIX wiek, ale trochę prawdy wciąż w tym jest, prawda?
Polecam, naprawdę. Nie tylko miłośnikom literatury pozytywizmu czy feministkom!

niedziela, 8 listopada 2015

"Szukając Alaski" - J. Green

Tytuł: "Szukając Alaski"
Autor: John Green
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Liczba stron: 266
Ocena: 6/10

O tej książce usłyszałam już kilka lat temu od mojej przyjaciółki, która uwielbia angielski i często coś czytnie w tymże języku. Ona przeczytała po angielsku, ja - po polsku. Już kilka razy miałam tę pozycję wypożyczyć, aż wreszcie wpadła mi przypadkiem w oko w bibliotece i stwierdziłam - bierę!
Każdy, kto chodził do szkoły, miał prawdopodobnie tak, że łudził się, iż kolejny etap nauczania zmieni jego życie na lepsze. "Pójdę do gimnazjum i poznam super ludzi, pójdę do liceum i zacznę więcej się uczyć!". No, jeśli tak nie mieliście, to jesteście dziwni. Ja tak miałam i chyba nietrudno się domyślić, że w praktyce nie wygląda wszystko tak cudownie.
"Wykorzystujesz przyszłość, aby uciec od teraźniejszości"
A jednak, życie Milesa zmieniło się całkowicie, gdy poszedł do szkoły z internatem. Wreszcie miał przyjaciół. Wreszcie mógł być sobą. Główny bohater ma specyficzne hobby - wyszukuje i zapamiętuje ostatnie słowa znanych ludzi. Z posłowia dowiadujemy się, że ta cecha łączy Milesa z samym Greenem. Poza tym, chłopak nie za bardzo wyróżnia się z tłumu, chyba że swoją patykowatą chudością. I fajnie. Dlaczego? Bo w książkach dla młodzieży powinny być właśnie takie postacie. Zwykli ludzie, a nie wyidealizowani i wpędzający w kompleksy.
Miles zaczyna wdrażać się w życie w internacie. Pomagają mu w tym nowi przyjaciele - Pułkownik i Alaska. Obydwoje są charakterystyczni - Pułkownik to geniusz, który pełni rolę przywódcy, a Alaska jest wyzwoloną pod każdym względem, tajemniczą dziewczyną, która trochę przypomina mi hipiskę. Często do ich "bandy" dołączają się Takumi i Lara, jednak nie wyróżniają się oni aż tak, jak Pułkownik i Alaska. Młodzi uwielbiają wycinać numery, które są czasem naprawdę szalone.
I tak, o tę właśnie Alaskę chodzi w tytule. Oczywiście moje pierwsze skojarzenie było takie, jak zapewne większości - stan Alaska. Nie jest to do końca mylne skojarzenie, bo bohaterka właśnie stąd wzięła swoje imię. Miała taką możliwość, żeby samej wybrać, jak będą do niej ludzie mówili przez resztę życia i wybrała Alaskę.
Zaczęłam czytać tę książkę i ich wszystkich pokochałam. Ale już sama budowa sugerowała, że coś się tam stanie. Coś złego. Tekst jest bowiem podzielony na dwie części: jedna z nich obejmuje 136 dni PRZED, a druga 136 dni PO. Przed czym? Po czym? Musicie sami się dowiedzieć. Ja, gdy byłam już kilka stron od dowiedzenia się, co się stało, aż bałam się czytać. Wspaniały zabieg. Jednocześnie opowieść zawiera w sobie cały jeden rok szkolny. Aż strach pomyśleć, że tyle się może zdarzyć przez 272 dni...
Jedyne co jeszcze powiem, to to, że tak, owszem, Miles zakochał się w Alasce. Kto by się nie zakochał, taka figlarna, tajemnicza i mądra. Niestety też nieszczęśliwa i zagubiona.
"-Mówiłam wam, że Jake został obdarowany przez matkę naturę jak koń i że jest cudnym, zmysłowym kochankiem?"
Podobało mi się, przeczytałam w niespełna dwa dni, połknęłam, miałam wypieki na twarzy jak nastolatka. Zdecydowane książka dedykowana młodzieży, ale starszym też polecam na rozluźnienie, bo nie jest infantylna ani banalna. Fabuła nie należy do tych, w których można się domyślić zakończenia po dwóch pierwszych stronach. Język też nie jest jakiś strasznie podstawowy - oprócz ostatnich słów znanych ludzi, są też fragmenty wierszy i tytuły różnych książek.
Znajdzie się trochę przekleństw i trochę swawoli seksualnej, ale to NA PEWNO zainteresuje gimnazjalistów. Poza tym, czasami jest naprawdę śmiesznie, można parsknąć w pociągu czy choćby się uśmiechnąć.
"Hyde mówił o Ewangelii świętego Marka, którą przeczytałem dopiero dzień wcześniej, chociaż jestem chrześcijaninem. Tak mi się zdaje. Byłem w kościele, no, jakieś cztery razy. To znaczy więcej razy niż w meczecie."
Wydaje mi się, że idealny tekst dla młodych, zniechęconych lekturami ludzi.
Przeczytajcie. Ocenicie sami. Dużo czasu wam to nie zajmie, a frajda jest.