poniedziałek, 19 października 2015

"Charlie i fabryka czekolady" - R. Dahl

Tytuł: "Charlie i fabryka czekolady"
Autor: Roald Dahl
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Liczba stron: 211
Ocena: 5/10

Cóż. "Ogniem i mieczem" mnie pokonało, więc dla wytchnienia przeczytałam kolejną książkę dla dzieci. Bo chciałam. Bo mam wytłumaczenie, że niby muszę. Bo naprawdę muszę.
Tytuł znany prawdopodobnie większości za sprawą głośnej ekranizacji z Deppem w roli głównej. Przy okazji warto zaznaczyć, że sama książka liczy ponad pięćdziesiąt lat!
Przyznam się szczerze, że opowieść długo znałam tylko z filmu i nie wiedziałam o istnieniu książki. Kilka lat temu pojawiła się ona na liście BBC, a potem zauważyłam, że jest podana jako sugerowana lektura w podstawówce. 
Historia jest oryginalna, ma w sobie pewne elementy fantastyczne. Biedny tytułowy Charlie mieszka w małym domku razem z czwórką dziadków i rodzicami. Rodzina klepie biedę i powoli zaczyna głodować.
"Bardzo mi miło. To nam jest bardzo miło. Ależ to mnie jest bardzo miło. Charlie się cieszy, że może was poznać." 
Na przeciwko domu Charliego jest znana na całym świecie fabryka czekolady Willy'ego Wonki. Raz w roku, na urodziny, chłopiec dostaje czekoladę z tejże fabryki. Rodzina zbiera pieniądze na ten skromny prezent cały rok. Dzień przed nadchodzącymi urodzinami Charliego, Willy Wonka ogłasza, że otworzy swoją fabrykę i oprowadzi po niej pięcioro dzieci, które znajdą złote kupony w czekoladach. Szanse na to, że jeden z kuponów znajduje się w urodzinowym prezencie młodego Bucketa, są praktycznie zerowe, jednak wszyscy domownicy mają nadzieję, że się uda. Nie udaje się. I dobrze, bo jakby się udało, to byłoby za przewidywalnie. Ale cóż to! Ojciec Charliego traci pracę, a głodny chłopak pewnego dnia znajduje pieniądze na ulicy i idzie za nie kupić aż dwie czekolady. W drugiej z nich jest kupon.
Sam obraz owej fabryki kojarzy mi się z jakimś zaklętym zamkiem. Niedostępna dla innych, pełna tajemnic i zamkniętych pomieszczeń. Rzeczywiście została wykreowana w sposób fantastyczny i pokazujący wielką wyobraźnię autora. Nie radzę czytać osobom, które lubią czekoladę, a nie mogą jej jeść. Mnie samej leciała ślinka, gdy czytałam te przepyszne opisy. Za to nauczycielom polskiego polecam synestezję na lekcji - dzieciaki na pewno lepiej zapamiętają tekst, gdy będą czuły w powietrzu zapach kakao lub smak czekolady. O ile w ogóle zdecydują się omawiać ten utwór, bo zaraz pokażę, że nie wszystko jest takie słodkie.

Powracając do tematu... Do Charliego dołącza czwórka specyficznych dzieciaków, oczywiście złych, rozpieszczonych, bogatych. Każde z nich ma jakąś swoją cechę, która gubi ich podczas zwiedzania fabryki. Tylko Charlie dociera do końca i otrzymuje za to nagrodę, która rozwiązuje wszystkie problemy jego rodziny.
Można się kilka razy uśmiechnąć a nawet zaśmiać podczas czytania. Duży wpływ ma na to kreacja pana Wonki, który budzi sympatię czytelników swoim wiecznym uśmiechem i poczuciem humoru.
"Kochana Veruko! (...) Jakie masz ciekawe imię, prawda? Mnie się zdawało, że po angielsku veruca to taki pryszcz na pięcie."
Genialni są też Umpa-Lumpasi, pracownicy fabryki. Ze wszystkiego się naśmiewają i śpiewają zabawne piosenki, czasem nawet trochę za złośliwe, ale i z morałem. Dowiedzieć się z nich można na przykład, że telewizja uzależnia i jest dużo mniej wartościowa niż książki. Że to, jakie jest dziecko, w dużej mierze zależy od umiejętności wychowawczych rodziców.
"A jak spędzało się dzieciństwo 
Nim nas zatruło tele-świństwo?
Co też dzieciarnia porabiała? 
Czy ktoś pamięta? Tak! CZY-TA-ŁA!"
Morał całej historii jest dosyć jasny. Warto być uczciwym i grzecznym, a bieda zostanie wynagrodzona i odwróci się zły los. Nie trzeba być bogatym, żeby spełnić swoje marzenia. Tak, tak... Do fabuły nic nie mam, okej, wszystko dobrze. Ale język książki jest wątpliwy. Jeden z dzieciaków na początku mówi do dorosłych (w tym swoich rodziców): "Nie widzicie, głupki, że oglądam telewizję?". Na pewno służyło to przejaskrawieniu tej postaci i w tym momencie zostanie ona znielubiona przez dzieci i zaklasyfikowana do złych. Dobrze. Ale co z samym Willym Wonką? Z jednej strony jest postacią pozytywną, nawet jakimś autorytetem, a tutaj nagle mówi do jednej z matek "szanowna stara flądro". Albo do jednego z pracowników: "Bekaj, ty stary ośle, bekaj, bo inaczej już nigdy nie wrócisz na dół!". Możliwe, że te słowa są wynikiem tłumaczenia. Na starszych dzieciakach, na przykład w klasie szóstej, nie będą one robiły aż takiego wrażenia, jednakże budzą pewne zastrzeżenia. Oczywiście, nie można się czepiać każdego słówka, ale ze swojego doświadczenia wiem, że nie wszystkie dzieci są gotowe na takie sformułowania. Jeśli w ich domach się w ten sposób nie żartuje a takie wyrazy uważa się za obraźliwe - dzieci te nie będą pozytywnie nastawione do książki i zniechęcą się. A przykładów tego typu dowcipu jest sporo.
Oceniam tę książkę na 5, ponieważ w zestawieniu z choćby omawianymi tu już "Braćmi Lwie Serce" nie ma ona w sobie jasnego wątku dydaktycznego, nie wpaja wartości, za to wiele w niej rzeczy, których w szkole podstawowej być nie powinno. Mnie czytało się ją z przyjemnością i zachęcam oczywiście do czytania zarówno dzieci, jak i dorosłych, ale sama nie wybrałabym jej chyba jako lekturę szkolną. Przynajmniej nie w klasie czwartej.