środa, 26 sierpnia 2015

"Gra w klasy" - J. Cortázar

Tytuł: "Gra w klasy"
Autor: Julio Cortázar
Wydawnictwo: Porozumienie Wydawców
Liczba stron: 678
Ocena: 5/10

O książce dowiedziałam się od koleżanki, potem przewijała się w różnych rozmowach. Bardzo mnie zaciekawiła i stwierdziłam, że jak będę miała więcej czasu (bo książka obszerna), to po nią sięgnę.
To, na co przede wszystkim zwraca się uwagę, to konstrukcja powieści. Już na pierwszej stronie dowiadujemy się, że można tę książkę czytać na kilka sposobów, a przede wszystkim na dwa:
1. chronologicznie - tekst ma wtedy 421 stron, 56 rozdziałów
2. przeskakując według wskazówek między rozdziałami, czyli ponad 600 stron, 155 rozdziałów
Właśnie ta forma mnie tak zafascynowała i opinia, że w ten sposób poznam dwie różne historie. Nie. Niekoniecznie. Owszem, zakończenie się różni, ale nie jakoś znacząco. Tak naprawdę drugi sposób to przeplatanie rozdziałów od 1 do 56 różnymi anegdotami, zapiskami, rozważaniami. Nie zmieniają one fabuły tak, żeby można było mówić o dwóch różnych opowieściach. Ja wybrałam na początku sposób numer dwa, jednak gdy zdałam sobie sprawę jak to wygląda w praktyce a także zobaczyłam grzywnę w bibliotece za przetrzymanie książki, wróciłam do czytania klasycznego.
Język jest zróżnicowany, tak samo narracja. Czasem poznajemy relacje głównych bohaterów, czasem trzecioosobowego narratora. Fabułę została słusznie podzielona na dwie części - jedna z nich opowiada perypetie związku Oliveiry i Magi, druga zaś przedstawia dalsze losy Oliveiry w rodzimej Argentynie. W obydwu częściach widać istotną rolę grupy. W pierwszej jest to tak zwany Klub do którego przynależą różni artyści i osoby luźno powiązane ze sztuką, w drugiej tą grupą staje się Oliveira i zaprzyjaźnione z nim małżeństwo. Większość bohaterów jest dla mnie nijaka; niby mają jakieś konkretne cechy, ale tak naprawdę tylko garstka jest niezbędna dla rozwoju fabuły. Czytając powieść, czułam się jak Maga, której trzeba było wyjaśnić, "kim był niejaki Teofil Gauthier". Madze wszystko trzeba było wyjaśniać - mnie też. Nie znałam wielu nazwisk, do których autor nawiązywał. Nie rozumiałam tych fragmentów po francusku i hiszpańsku, które nie zostały przetłumaczone. Stąd też moja szczególna sympatia do tej bohaterki, choć jej stosunek do własnego syna mnie przerażał.
W "Grze w klasy" dużo jest odniesień do samego tytułu. Występują zarówno w samej fabule, na przykład gdy Oliveira pracuje w szpitalu dla obłąkanych i obserwuje narysowane na dziedzińcu klasy oraz grających w nie przechodniów. Także przeskakiwanie między różnymi rozdziałami kojarzy się z tytułem. Uczestnicy Klubu traktują sztukę jak te grę, bo od jednego tematu przeskakują do drugiego, próbując wyłączyć zmysły i wejść w głąb podświadomości. Tytuł się Cortázarowi udał - jest piękną metaforą ludzkiego życia, w którym każdy próbuje dojść jak najwyżej, doskoczyć do ostatniego poziomu.
Fabuła jest średni, nie porywa. Język wydaje się być dla autora (a także dla bohatera, Oliviery) ważniejszy. Wymyśla on dajmy na to gligliński (przekonajcie się sami co to!), próbuje opisać pocałunek tak, by oddać jego magię. Czytałam jednak powieści, gdzie język bardziej zachwycał. W tym wypadku zaś trzeba przede wszystkim pochwalić formę, pomysł i odwagę, żeby zrealizować coś tak nowatorskiego.
Zawiodłam się. Myślałam, że będę mogła przeczytać kilka innych, zupełnie innych sensów, a tak naprawdę przeczytałam jeden. Te fragmenty, które były poetyckie, wydawał się być napisane na siłę.
Nie przeczytałabym tej książki jeszcze raz.
Nie polecam osobom, które biorą książkę ze sobą do pociągu czy autobusu (jak ja) - chyba, że znacie doskonale aktorów, pisarzy, filozofów z różnych epok a także francuski i hiszpański. Albo macie ze sobą internet w telefonie, żeby to wszystko na bieżąco sprawdzać. Potem się nie chce, uwierzcie mi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz