poniedziałek, 28 grudnia 2015

"Na zakręcie" - N. Sparks

Tytuł: "Na zakręcie"
Autor: Nicholas Sparks
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 399
Ocena: 5/10

Miałam taki okres w życiu, że dużo czytałam Sparksa. W swojej karierze czytacza to właśnie jego książek przeczytałam najwięcej. Bo jest go dużo w bibliotekach, bo czyta się go szybko, łatwo i przyjemnie. Choć teraz sięgam po niego dużo rzadziej - trochę za banalny się zrobił.
"Na zakręcie" dorwałam na jakiejś wyprzedaży i cóż, kupiłam. Dwa lata leżała i czekała na półce, aż teraz, w tej świątecznej aurze się doczekała. Kolejna książka, która potwierdza, że u Sparksa są dwa rodzaje historii miłosnych: albo takie, w których ktoś umiera, albo takie, w których przemycony jest wątek kryminalny. "Na zakręcie" należy do tych z zagadką kryminalną.
Głównym bohaterem jest Miles Ryan, który samotnie wychowuje syna. Dwa lata temu stracił żonę w wypadku samochodowym. No, nie wiadomo, czy w wypadku, czy w celowym potrąceniu, bo śledztwo nie przyniosło żadnych konkretów. Nic więc dziwnego, że Ryan nie może ułożyć sobie życia. Wciąż ma bowiem niepozamykane sprawy z przeszłości. Niby się stara, a nie zauważa, że jego syn nie umie pisać ani czytać, choć już dawno powinien. Dopiero Sara Andrews, nowa nauczycielka Jonaha, zwraca mu uwagę na ten problem. Dorośli postanawiają zawrzeć układ i razem pomóc maluchowi z nadrobieniem strat. Czy ktoś się spodziewa, że się zakochają? A jednak, owszem! Zakochali się. Szybko, prosto, pięknie. Szybko nie mogą bez siebie żyć, a po praktycznie kilku randkach Miles zastanawia się nad ślubem. Ach, panie Sparks... 
Dobrze, dobrze, wszystko pięknie, ale gdzieś w tle jest sprawa śmierci Missy. W tle? To chyba źle powiedziane, bo ten wątek wysuwa się znacząco na wierzch. Co ma z tym wspólnego panna Andrews? Kim jest Otis i dlaczego Miles go tak nienawidzi? Czy brat Sary jest ćpunem? Wszystkiego dowiecie się w swoim czasie.
Czasem, jak czytam książki Sparksa, to wydaje mi się, że specjalnie je pisze pod ekranizacje. Bo filmy dobre z nich wychodzą. Co rzadkie - lepsze niż same książki...
Język idealny dla osób, które lubią coś lekkiego. A kto czasem nie lubi? Ale szczerze, to "Na zakręcie" jest chyba jedyną książką tego autora, przy której nie płakałam. Co dla mnie jest minusem, bo jak książka umie wzruszyć, to już wcale dobrze. Kiedyś napiszę może recenzje wcześniejszych książek, ale już teraz Wam gorąco polecam chociażby "Szczęściarza" i - dla miłośników zwierząt - "Anioła stróża". A "Na zakręcie"? Mniej, dużo mniej, no ale nie to, że wcale.

wtorek, 15 grudnia 2015

"Mikołajek" - R. Goscinny i J.J. Sempé

Tytuł: "Mikołajek"
Autor: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Liczba stron: 164
Ocena: 5/10
Gdy sięgałam po ten zbiór opowiadań, nie wiedziałam, że powstał on przeszło pół wieku temu. U mnie w szkole się o Mikołajku nie słyszało. Dopiero bodajże na lekcji francuskiego w liceum obejrzeliśmy film z 2009 roku, ale nie zdawałam sobie sprawy, że to ekranizacja książki.
Opowiadania napisał pan Goscinny (swoją drogą - pan o polskich korzeniach), a zilustrował pan Sempé. O czymże też nam ci dwaj panowie opowiedzieli?
Bohaterem i narratorem zarazem w cyklu historyjek jest Mikołaj, uczeń francuskiej szkoły, który opisuje życie swojej rodziny i kolegów z klasy. Występują postacie, które są przerysowane i które łatwo da się scharakteryzować, na przykład Ananiasz to "pierwszy uczeń i pieszczoszek pani", a  Alcest "jest bardzo gruby i ciągle je". Te zdania przytaczane są praktycznie w każdym opowiadaniu, więc można je czytać jako oddzielne historie i nie mieć poczucia, że się czegoś nie rozumie.
Mikołaj jest w wieku, w którym chłopcy lubią się bić i psocić. Nie podano dokładnie ile ma lat, ale prawdopodobnie coś koło dziesięciu. W opowiadaniach występuje dużo komizmu sytuacyjnego polegającego na tym, że chłopiec chce zrobić coś dobrego, a wychodzi mu to na opak. Dajmy na to, gdy kupił piękny bukiet mamie, to zniszczył go w drodze do domu i wręczył rodzicielce jeden mocno poturbowany kwiatuszek. Niczym prawdziwe dziecko, Mikołaj często nie rozumie, co zrobił źle i to jest słodkie.
Mimo wszystko te opowieści mnie nie urzekły. Praktycznie wszystkie opowiadania ze zbioru można podsumować "Biliśmy się i była świetna zabawa". Nie mówię, że nie można w książkach dla dzieci pokazywać realnych scen z życia, na przykład bójek, ale tutaj w każdym epizodzie z życia małych łobuzów jest bijatyka! No bez przesady... Z drugiej strony, może właśnie wyparcie takich tematów z literatury dziecięcej spowodowało, że mamy tak zniewieściałych chłopców?
Tak czy inaczej, nie byłaby to książka, którą jako pierwszą poleciłabym moim dzieciom. Chyba, że (miejmy nadzieję) mój syn przeczyta już dosłownie wszystko godne uwagi, no to trudno, niechże będzie i ten "Mikołajek"...
Przy okazji powiem, że film mi się bardzo podobał. Może w stosunku do literatury jestem za bardzo czepialska i na wszystko patrzę pod kątem potencjalnej lektury szkolnej...
Ale nie, absolutnie nie namawiam do wyrywania "Mikołajka" z dziecięcych rąk! Jak chcą sami, to niech czytają. Pewnie dla nich te bijatyki to właśnie najciekawszy motyw. 

sobota, 12 grudnia 2015

"Dżok. Legenda o psiej wierności" - B. Gawryluk

Tytuł: "Dżok. Legenda o psiej wierności"
Autor: Barbara Gawryluk
Wydawnictwo: Literatura
Liczba stron: 44
Ocena: 5/10

Kolejny tekst przeznaczony dla dzieci. Jak się okazało - dla tych najmłodszych ;).
Książka wpadła mi w ręce w bibliotece dla dzieci, a że szukam jakiś sensownych, które można by omówić na zajęciach, no to wzięłam i przeczytałam.
Dżok jest kundelkiem i mieszka w schronisku. Pewnego dnia jego życie nabiera barw, bo przygarnia go starszy pan. Nowy właściciel psiaka jest tłumaczem i pracuje w domu, dlatego zwierzę spędza z nim praktycznie cały dzień. Pewnego dnia, gdy wychodzą na swój zwyczajowy spacer, pan Nikodem w okolicach krakowskiego ronda ma zawał i zostaje zabrany do szpitala, gdzie umiera. A pies nie rozumie. A pies ufa. I pies czeka...
Dżok czekał na swojego właściciela przez rok. Nie dawał się nikomu dotknąć. Dokarmiali go różni ludzie, chcieli go nawet złapać, ale się nie udało. Dopiero pani Maria zdołała go do siebie przekonać i zabrała go do domu. Ale tę właścicielkę Dżok również przeżył i znów zostałby sam. Według książki po prostu uciekł i nie wiadomo, co się z nim stało; inne źródła często podają informację, że zginął pod kołami pociągu.
Największy plus książki - jest to historia prawdziwa, zaliczana niekiedy do jednej z legend Krakowa. Legend nietypowych, bo wydarzenia opisane w tekście miały miejsce w latach 90., więc stosunkowo niedawno. W sposób prosty dzieciaki mogą się dowiedzieć, skąd wziął się pomnik psa w Krakowie i czymże ten pies zasłużył, by go upamiętniono.
"Najwierniejszy z wiernych"


Jak widzicie - pomnik piękny. Dłonie wokół psa symbolizują związek zwierzęcia z człowiekiem, który przygarniając przyjaciela do domu, bierze za niego odpowiedzialność i musi otoczyć go opieką. 
Tekst dla dzieci w każdym wieku. Bardzo prosty język sprawia, że można książkę czytać do snu nawet maluszkom. Dla starszych dzieci może trochę za infantylny styl, ale jak po odjęciu rysunków tekst jest tak krótki, że nawet dla dwunastolatka nie będzie stratą czasu.
PS: Wszystkim fanom tego typu historii polecam film "Mój przyjaciel Hachiko". Przed seansem przygotujcie chusteczki. 

"Dziurdziowie" - E. Orzeszkowa

Tytuł: "Dziurdziowie"
Autor: Eliza Orzeszkowa
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 189
Ocena: 6/10
Tak, tak. W tym roku staram się czytać lektury. A że pani Orzeszko w polskim pozytywizmie jest postacią ważną, to będzie się jej nazwisko tu kilkakrotnie pojawiać.
Przyznam szczerze - nie jest łatwo ten tekst zrecenzować. Dla mnie przedstawia się on całkiem inaczej, bo przeczytałam go już po gruntownym omówieniu na zajęciach. Historia jednak do dziś poruszająca.
Do wsi, która odcięta jest od świata i cywilizacji, przychodzi pewnego dnia Pietrusia wraz ze swoją babką Akseną. Na początku mieszkańcy są do nowych sąsiadek dobrze nastawieni, jednak Pietrusia z czasem przysparza sobie coraz więcej wrogów. Nie robi tego specjalnie, oj, nie. Po prostu zakochała się w Michale, a dobiera się do niej Stefan. Na nic namowy babki, by wybrać bogatego Stefana. Pietrusia czeka sześć lat na Michała, który w tym czasie odbywa służbę w wojsku. A odtrącony kilkakrotnie Stefan jej nienawidzi...
Przez Stefana znienawidziła ją także jego żona, Rozalka. Odtrącony bowiem Dziurdzia nie przestał lubić (tak mówiło się wtedy także na kochanie) Pietrusi, a do swej małżonki nie czuł nic. Był z nią, bo babę mieć na wsi jakąś trzeba. Potem kolejne osoby znajdowały sobie powody ku temu, by przybyszkę znienawidzić.
Pietrusia rzeczywiście nie była zwykłą chłopką. Od Akseny poznała tajemnicze właściwości ziół, potrafiła rozpoznać, kto jest złodziejem, chodziła po wsi i śpiewała. Do tego wyszła za Michałka i urodziła mu czworo zdrowych dzieci, co nie było normalne. Trzeba pamiętać, że mówimy o realiach wsi z drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Dużo dzieci się rodziło, ale też dużo umierało. Pietrusię los oszczędził i żadnego dziecka jej nie zabrał. I tak żyła sobie szczęśliwa, zawsze życzliwa, aż jej życzliwość stała się powodem strasznego losu.Jaki to dokładnie los - nie zdradzę. Przeczytajcie.
Warto zwrócić uwagę na budowę powieści. Na początku mamy scenę, która tak naprawdę jest jedną z końcowych. Mieszkańcy wsi są zmartwieni - krowy potraciły mleko. Winna jest prawdopodobnie jakaś wiedźma. Jak się wiedźmę poznaje? Trzeba rozpalić ogień, a ta kobieta, która przyjdzie na palenisko pierwsza, jest służką szatana. No i oczywiście pierwsza przyszła Pietrusia. Jakby przyszła jaka inna, można by mieć wątpliwości w słuszność sądu. Ale znienawidzona żona kowala od dawna posądzana była o kontakty z siłami piekielnymi.
Po tym wstępie Orzeszkowa przechodzi do przedstawienia historii Pietrusi już od początku, w sposób chronologiczny. Utwór posiada też klamrę kompozycyjną - zaczyna się i kończy w sali sądowej. Kto tam trafił? Jak potoczyły się losy kowalichy? Zapraszam do lektury.
Na koniec dodam, że są elementy tak wstrząsające, że aż śmieszne. Na przykład Rozalka dziwi się, że jej dziecko jest niemrawe. No, dziwne, rzeczywiście... Przecież to nic takiego, że maleńkie dostało od matki łopatą w łeb.
Orzeszkowa rozprawiła się z wiejską rzeczywistością znakomicie. Obserwowała wieś i wiedziała, że jej mieszkańcy rządzą się innymi prawami. Tak też przedstawiła Suchą Dolinę, w której ludzie teoretycznie modlą się w kościele, ale nie przeszkadza im to wierzyć w wiedźmy. Bo przecież tak było zawsze, od "dzidów, pradzidów".
Czy warto przeczytać? Warto. Mnie się bardzo podobało. Nie było za długie, za szczegółowe, za przesadzone. I pokazuje, do czego może doprowadzić zabobon.

poniedziałek, 16 listopada 2015

"Gnój" - W. Kuczok

Tytuł: "Gnój"
Autor: Wojciech Kuczok
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 213
Ocena: 6/10
Słyszałam o tej książce, potem o samym Kuczoku i jakoś miałam ochotę przeczytać. I stało się, szybko, bezboleśnie, bo tekst krótki i niewymagający maksymalnego skupienia.
Książka jest podzielona na trzy części: przedtem, wtedy i potem. W każdej z tych części występuje główny bohater - t e n dom. Historia budynku i jego lokatorów opowiadana jest z perspektywy chłopca, który już co prawda jest dorosłym mężczyzną, ale okres dzieciństwa wciąż wraca w jego wspomnieniach.
Najmniej ciekawa w moim odczuciu jest część pierwsza, w której jest a to o powstaniu domu, a to o losach rodziny starego K. (tak nazywa swojego ojca bohater; swoją drogą, od razu kojarzy mi się z Józefem K. z "Procesu") i rodziny jego żony, a to o sąsiadach, którzy zamieszkiwali parter budynku po wojnie. Takie tło do przyszłych wydarzeń, które już bardziej ciekawią.
Część zatytułowana "wtedy" skupia się na dzieciństwie bohatera-narratora, który wychowywany jest przede wszystkim przy pomocy pejcza. Dla starego K. bowiem metody tresury psów były idealne do wykorzystania także na dzieciach rasy ludzkiej. Że dziecko takie miał tylko jedno, to na nim mógł skupić całą swą siłę i uwagę. Kuczok nie opisuje brutalnych scen, a jedynie zarysowuje mechanizm. Od narratora dowiadujemy się, że można dostać karę zaległą, że dziecko bite na każdym kroku ma ochotę ojca zabić.
"Czekałem więc na tę wojnę, że może się jakaś nadarzy, żebym mógł jej zaznać, a przy okazji zastrzelić starego K."
Takie myśli to nic dziwnego. Jest nam źle, nie mamy siły żyć - marzymy o nieuleczalnej chorobie; ktoś niszczy nasze szczęście każdego dnia - marzymy o wojnie. A mimo to jest i druga strona medalu. Za ojcem się tęskni. Nawet za takim, który bije. Kiedy mały bohater trafia do sanatorium, chce jak najszybciej wrócić do domu - choć jest tam stary K. A i ów treser, dzierżący w ręku ciężki pejcz, miał swoje chwile słabości i wzruszeń. Można więc powiedzieć, że Kuczok postarał się pokazać wszystkie aspekty osobowości swoich bohaterów i relacji w tej rodzinie. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że stary K. powinien utonąć w szambie, ale okazuje się, że niekiedy przejawia ludzkie odruchy.
Ciekawą kwestią w tej książce jest język. Za to moja nota poszła o jeden punkt do góry. Autor nie popełnił żadnej gafy, wszystko jest przemyślane i do siebie pasuje. Mnóstwo poprzekręcanych przysłów, śmiesznych neologizmów i stylizacji na swobodny dialog.
"Najmojejsza ukochanka żonkowa była obrażona..."
Jest też gwara śląska, bo gdzieś tam rozgrywają się wydarzenia. A także przekleństwa, jak to w każdej rodzinie.
"Ty pieroński kurwiorzu, ty szmaciorzu, ty luju cmyntarny, jo-ci-dom!!!"
"Ty wściekła suko tam na górze uspokoisz ty się albo dzwonię po policję, ty szmato ty kurwo ty hieno cmentarna, ja-ci-dam!!!"
 No. Jest wszystko. Jest zdziwaczały brat starego K. i jego siostra, świecka zakonnica. Jest kolega z sanatorium, który chciałby mieć jakiegokolwiek ojca, nawet alkoholika. Są chuligani, którzy w niedzielę w kościele grają rolę świętych ministrantów.
Autor obnażył nie tylko mroczne tajemnice polskiej, patriarchalnej rodziny, ale i przyjrzał się całemu społeczeństwu z jego plamami i uprzedzeniami.
Po tych wszystkich informacjach warto zastanowić się nad znaczeniem podtytułu: "antybiografia". Ja to rozumiem dwojako: jako manifest autora "ludzie, nie, stary K. to nie mój ojciec i nie opowiadam o sobie" albo -co bardziej mnie przekonuje - że tak NIE POWINNA wyglądać niczyja biografia.
Polecam przede wszystkim ze względu na język i fakt, że czyta się bardzo szybko. Poza tym, choć Kuczok nie opisuje krwawych scen znęcania nad dzieckiem, to i tak szokuje i zmusza do refleksji.

poniedziałek, 9 listopada 2015

"Marta" - E. Orzeszkowa

Tytuł: "Marta"
Autor: Eliza Orzeszkowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Lubelskie
Liczba stron: 223
Ocena: 6/10

No, drodzy Państwo. Zapowiadałam, że będą też teksty mniej znane i starsze. Oto jeden z nich, moja tegoroczna lektura na historię literatury...
Ta pozycja to powieść tendencyjna, znana także pod nazwą powieść z ideą. Chodzi o to, żeby jakąś ideę ludziom przekazać, zaszczepić. Nie wzruszyć. Nie zaintrygować. Nie zaciekawić. Realnie wpłynąć na czytelnika, zmienić jego postawę, pokazać mu to, na co prawdopodobnie nie zwracał uwagi.
"Marta" liczy sobie ponad 100 lat, ale nie jest niezrozumiały dla nas tekstem. Wydana w 1873 roku książka pani Orzeszko opowiada historię wdowy, która próbuje jakoś poskładać swoje życie po śmierci męża.
Jak to bywało w tamtych czasach, tytułowa Marta nie pracowała. Utrzymywał ją ukochany, który niestety umarł zbyt młodo, zostawiając bez żadnych środków żonę i małą córeczkę. Pani Świcka, choć zrozpaczona, bierze sprawy w swoje ręce. Sprzedaje niemalże wszystkie rzeczy, przeprowadza się z córeczką do małej izby i zaczyna szukać pracy. Dziś poszłaby do Biedronki, potem do jakiegoś ośrodka pomocy dla samotnych matek i o - żyłaby może skromnie, ale spokojnie i w umiarkowanym szczęściu. Ale nie wtedy...
Pierwszy punkt w poszukiwaniu pracy to swoiste pośrednictwo, w którym znaleźć coś dla siebie mogą nauczyciele różnych profesji. Marta umie grać trochę na fortepianie, trochę rysować, trochę mówić po francusku. Pani ją przyjmuje i owszem, ma dla niej pracę. Niestety tylko przy uczeniu francuskiego, bo rysunku zwyczajowo uczą mężczyźni, a na fortepianie Martuśka gra przeciętnie. Szczęśliwa kobieta zaczyna więc naukę młodej panienki, która o dziwo przerasta ją swoimi umiejętnościami. Cóż. Bohaterka powinna pewnie udawać, że umie i ciągnąć farsę najdłużej, jak to możliwe. Ale Marta jest dumna i uczciwa, dlatego też po miesiącu, w którym daremnie próbowała uzupełnić luki w wykształceniu, rezygnuje z pracy i nawet nie przyjmuje wynagrodzenia. Potem szuka pracy naprawdę wszędzie, gdzie tylko może. Odrzucono ją jako sprzedawczynię (bo to dla facetów), jako rysownika (bo za mało umie), jako tłumaczkę (znów za mało umie)... No, nazbierało się tego. Każde niepowodzenie coraz bardziej ją załamywało. Czuje się po trosze winna, ale z drugiej strony: skąd mogła wiedzieć, że owdowieje? Skąd mogła wiedzieć, że
"Kobieta wtedy tylko utorować sobie może drogę pracy, zdobyć byt niezależny i położenie szacunek nakazujące, jeśli posiada wyłączny jakiś talent lub doskonałą jaką umiejętność."?
Kobieta. Bo z mężczyznami to co innego. Oni mogą więcej w świecie Orzeszkowej, są zdecydowanie nad kobietami.
Marta jest dumna, ale choroba i głód dziecka dumę tę jej po trosze wyrywają. Zaczyna żebrać. Kradnie. Mimo wszystko, nie przyjmuje propozycji udzielonej przez swą dawną przyjaciółkę, Karolinę... Jak się skończy jej historia? Kto jest odpowiedzialny za jej los?
Nie jest to tekst trudny. Nie jest też nudny, przynajmniej według mnie. Idealnie pokazuje walkę z losem, tamte realia i pozycję ówczesnych kobiet. Ma też to, co powinna mieć powieść tendencyjna - przesłanie, które brzmiałoby mniej więcej w ten sposób: "Ucz się babo za młodu, bo ci mąż umrzeć może, a ty zginiesz w świecie bez żadnego dobrze opanowanego fachu!". Niby XIX wiek, ale trochę prawdy wciąż w tym jest, prawda?
Polecam, naprawdę. Nie tylko miłośnikom literatury pozytywizmu czy feministkom!

niedziela, 8 listopada 2015

"Szukając Alaski" - J. Green

Tytuł: "Szukając Alaski"
Autor: John Green
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Liczba stron: 266
Ocena: 6/10

O tej książce usłyszałam już kilka lat temu od mojej przyjaciółki, która uwielbia angielski i często coś czytnie w tymże języku. Ona przeczytała po angielsku, ja - po polsku. Już kilka razy miałam tę pozycję wypożyczyć, aż wreszcie wpadła mi przypadkiem w oko w bibliotece i stwierdziłam - bierę!
Każdy, kto chodził do szkoły, miał prawdopodobnie tak, że łudził się, iż kolejny etap nauczania zmieni jego życie na lepsze. "Pójdę do gimnazjum i poznam super ludzi, pójdę do liceum i zacznę więcej się uczyć!". No, jeśli tak nie mieliście, to jesteście dziwni. Ja tak miałam i chyba nietrudno się domyślić, że w praktyce nie wygląda wszystko tak cudownie.
"Wykorzystujesz przyszłość, aby uciec od teraźniejszości"
A jednak, życie Milesa zmieniło się całkowicie, gdy poszedł do szkoły z internatem. Wreszcie miał przyjaciół. Wreszcie mógł być sobą. Główny bohater ma specyficzne hobby - wyszukuje i zapamiętuje ostatnie słowa znanych ludzi. Z posłowia dowiadujemy się, że ta cecha łączy Milesa z samym Greenem. Poza tym, chłopak nie za bardzo wyróżnia się z tłumu, chyba że swoją patykowatą chudością. I fajnie. Dlaczego? Bo w książkach dla młodzieży powinny być właśnie takie postacie. Zwykli ludzie, a nie wyidealizowani i wpędzający w kompleksy.
Miles zaczyna wdrażać się w życie w internacie. Pomagają mu w tym nowi przyjaciele - Pułkownik i Alaska. Obydwoje są charakterystyczni - Pułkownik to geniusz, który pełni rolę przywódcy, a Alaska jest wyzwoloną pod każdym względem, tajemniczą dziewczyną, która trochę przypomina mi hipiskę. Często do ich "bandy" dołączają się Takumi i Lara, jednak nie wyróżniają się oni aż tak, jak Pułkownik i Alaska. Młodzi uwielbiają wycinać numery, które są czasem naprawdę szalone.
I tak, o tę właśnie Alaskę chodzi w tytule. Oczywiście moje pierwsze skojarzenie było takie, jak zapewne większości - stan Alaska. Nie jest to do końca mylne skojarzenie, bo bohaterka właśnie stąd wzięła swoje imię. Miała taką możliwość, żeby samej wybrać, jak będą do niej ludzie mówili przez resztę życia i wybrała Alaskę.
Zaczęłam czytać tę książkę i ich wszystkich pokochałam. Ale już sama budowa sugerowała, że coś się tam stanie. Coś złego. Tekst jest bowiem podzielony na dwie części: jedna z nich obejmuje 136 dni PRZED, a druga 136 dni PO. Przed czym? Po czym? Musicie sami się dowiedzieć. Ja, gdy byłam już kilka stron od dowiedzenia się, co się stało, aż bałam się czytać. Wspaniały zabieg. Jednocześnie opowieść zawiera w sobie cały jeden rok szkolny. Aż strach pomyśleć, że tyle się może zdarzyć przez 272 dni...
Jedyne co jeszcze powiem, to to, że tak, owszem, Miles zakochał się w Alasce. Kto by się nie zakochał, taka figlarna, tajemnicza i mądra. Niestety też nieszczęśliwa i zagubiona.
"-Mówiłam wam, że Jake został obdarowany przez matkę naturę jak koń i że jest cudnym, zmysłowym kochankiem?"
Podobało mi się, przeczytałam w niespełna dwa dni, połknęłam, miałam wypieki na twarzy jak nastolatka. Zdecydowane książka dedykowana młodzieży, ale starszym też polecam na rozluźnienie, bo nie jest infantylna ani banalna. Fabuła nie należy do tych, w których można się domyślić zakończenia po dwóch pierwszych stronach. Język też nie jest jakiś strasznie podstawowy - oprócz ostatnich słów znanych ludzi, są też fragmenty wierszy i tytuły różnych książek.
Znajdzie się trochę przekleństw i trochę swawoli seksualnej, ale to NA PEWNO zainteresuje gimnazjalistów. Poza tym, czasami jest naprawdę śmiesznie, można parsknąć w pociągu czy choćby się uśmiechnąć.
"Hyde mówił o Ewangelii świętego Marka, którą przeczytałem dopiero dzień wcześniej, chociaż jestem chrześcijaninem. Tak mi się zdaje. Byłem w kościele, no, jakieś cztery razy. To znaczy więcej razy niż w meczecie."
Wydaje mi się, że idealny tekst dla młodych, zniechęconych lekturami ludzi.
Przeczytajcie. Ocenicie sami. Dużo czasu wam to nie zajmie, a frajda jest.

poniedziałek, 19 października 2015

"Charlie i fabryka czekolady" - R. Dahl

Tytuł: "Charlie i fabryka czekolady"
Autor: Roald Dahl
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Liczba stron: 211
Ocena: 5/10

Cóż. "Ogniem i mieczem" mnie pokonało, więc dla wytchnienia przeczytałam kolejną książkę dla dzieci. Bo chciałam. Bo mam wytłumaczenie, że niby muszę. Bo naprawdę muszę.
Tytuł znany prawdopodobnie większości za sprawą głośnej ekranizacji z Deppem w roli głównej. Przy okazji warto zaznaczyć, że sama książka liczy ponad pięćdziesiąt lat!
Przyznam się szczerze, że opowieść długo znałam tylko z filmu i nie wiedziałam o istnieniu książki. Kilka lat temu pojawiła się ona na liście BBC, a potem zauważyłam, że jest podana jako sugerowana lektura w podstawówce. 
Historia jest oryginalna, ma w sobie pewne elementy fantastyczne. Biedny tytułowy Charlie mieszka w małym domku razem z czwórką dziadków i rodzicami. Rodzina klepie biedę i powoli zaczyna głodować.
"Bardzo mi miło. To nam jest bardzo miło. Ależ to mnie jest bardzo miło. Charlie się cieszy, że może was poznać." 
Na przeciwko domu Charliego jest znana na całym świecie fabryka czekolady Willy'ego Wonki. Raz w roku, na urodziny, chłopiec dostaje czekoladę z tejże fabryki. Rodzina zbiera pieniądze na ten skromny prezent cały rok. Dzień przed nadchodzącymi urodzinami Charliego, Willy Wonka ogłasza, że otworzy swoją fabrykę i oprowadzi po niej pięcioro dzieci, które znajdą złote kupony w czekoladach. Szanse na to, że jeden z kuponów znajduje się w urodzinowym prezencie młodego Bucketa, są praktycznie zerowe, jednak wszyscy domownicy mają nadzieję, że się uda. Nie udaje się. I dobrze, bo jakby się udało, to byłoby za przewidywalnie. Ale cóż to! Ojciec Charliego traci pracę, a głodny chłopak pewnego dnia znajduje pieniądze na ulicy i idzie za nie kupić aż dwie czekolady. W drugiej z nich jest kupon.
Sam obraz owej fabryki kojarzy mi się z jakimś zaklętym zamkiem. Niedostępna dla innych, pełna tajemnic i zamkniętych pomieszczeń. Rzeczywiście została wykreowana w sposób fantastyczny i pokazujący wielką wyobraźnię autora. Nie radzę czytać osobom, które lubią czekoladę, a nie mogą jej jeść. Mnie samej leciała ślinka, gdy czytałam te przepyszne opisy. Za to nauczycielom polskiego polecam synestezję na lekcji - dzieciaki na pewno lepiej zapamiętają tekst, gdy będą czuły w powietrzu zapach kakao lub smak czekolady. O ile w ogóle zdecydują się omawiać ten utwór, bo zaraz pokażę, że nie wszystko jest takie słodkie.

Powracając do tematu... Do Charliego dołącza czwórka specyficznych dzieciaków, oczywiście złych, rozpieszczonych, bogatych. Każde z nich ma jakąś swoją cechę, która gubi ich podczas zwiedzania fabryki. Tylko Charlie dociera do końca i otrzymuje za to nagrodę, która rozwiązuje wszystkie problemy jego rodziny.
Można się kilka razy uśmiechnąć a nawet zaśmiać podczas czytania. Duży wpływ ma na to kreacja pana Wonki, który budzi sympatię czytelników swoim wiecznym uśmiechem i poczuciem humoru.
"Kochana Veruko! (...) Jakie masz ciekawe imię, prawda? Mnie się zdawało, że po angielsku veruca to taki pryszcz na pięcie."
Genialni są też Umpa-Lumpasi, pracownicy fabryki. Ze wszystkiego się naśmiewają i śpiewają zabawne piosenki, czasem nawet trochę za złośliwe, ale i z morałem. Dowiedzieć się z nich można na przykład, że telewizja uzależnia i jest dużo mniej wartościowa niż książki. Że to, jakie jest dziecko, w dużej mierze zależy od umiejętności wychowawczych rodziców.
"A jak spędzało się dzieciństwo 
Nim nas zatruło tele-świństwo?
Co też dzieciarnia porabiała? 
Czy ktoś pamięta? Tak! CZY-TA-ŁA!"
Morał całej historii jest dosyć jasny. Warto być uczciwym i grzecznym, a bieda zostanie wynagrodzona i odwróci się zły los. Nie trzeba być bogatym, żeby spełnić swoje marzenia. Tak, tak... Do fabuły nic nie mam, okej, wszystko dobrze. Ale język książki jest wątpliwy. Jeden z dzieciaków na początku mówi do dorosłych (w tym swoich rodziców): "Nie widzicie, głupki, że oglądam telewizję?". Na pewno służyło to przejaskrawieniu tej postaci i w tym momencie zostanie ona znielubiona przez dzieci i zaklasyfikowana do złych. Dobrze. Ale co z samym Willym Wonką? Z jednej strony jest postacią pozytywną, nawet jakimś autorytetem, a tutaj nagle mówi do jednej z matek "szanowna stara flądro". Albo do jednego z pracowników: "Bekaj, ty stary ośle, bekaj, bo inaczej już nigdy nie wrócisz na dół!". Możliwe, że te słowa są wynikiem tłumaczenia. Na starszych dzieciakach, na przykład w klasie szóstej, nie będą one robiły aż takiego wrażenia, jednakże budzą pewne zastrzeżenia. Oczywiście, nie można się czepiać każdego słówka, ale ze swojego doświadczenia wiem, że nie wszystkie dzieci są gotowe na takie sformułowania. Jeśli w ich domach się w ten sposób nie żartuje a takie wyrazy uważa się za obraźliwe - dzieci te nie będą pozytywnie nastawione do książki i zniechęcą się. A przykładów tego typu dowcipu jest sporo.
Oceniam tę książkę na 5, ponieważ w zestawieniu z choćby omawianymi tu już "Braćmi Lwie Serce" nie ma ona w sobie jasnego wątku dydaktycznego, nie wpaja wartości, za to wiele w niej rzeczy, których w szkole podstawowej być nie powinno. Mnie czytało się ją z przyjemnością i zachęcam oczywiście do czytania zarówno dzieci, jak i dorosłych, ale sama nie wybrałabym jej chyba jako lekturę szkolną. Przynajmniej nie w klasie czwartej.

czwartek, 24 września 2015

"Bracia Lwie Serce" - A. Lindgren

Tytuł: "Bracia Lwie Serce"
Autor: Astrid Lindgren
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Liczba stron: 205
Ocena: 7/10

Na stronie głównej mojego bloga jest napisane, że różne książki będę recenzować i że jestem przyszłą polonistką. Dlatego też czytam literaturę dziecięcą, która jest naprawdę pasjonująca, gdy się po nią sięga w wieku dwudziestu jeden lat. Recenzje te są zgoła inne, bo patrzę na książki głównie jako materiał do lekcji, a dopiero w drugiej kolejności jako lekturę dla osoby dorosłej.
Tej pozycji nigdy nie czytałam, kiedyś na pewno tytuł obił mi się o uszy. Jeśli chodzi o panią Lindgren, to w podstawówce omawiałam "Dzieci z Bullerbyn", ale nie była to dla mnie jakaś rewelacja. Natomiast tutaj bałam się, że będzie to książka historyczna, bo skojarzyło mi się z czasami Ryszarda Lwie Serce. Uff. Nie.
"Bracia Lwie Serce" to książka porywająca czytelnika. Nie ma w niej zbędnych opisów, które by nużyły młodszych czytelników. Zawarte są tylko te informacje, które są potrzebne i wpływają na rozwój fabuły.
Narratorem jest niespełna dziesięcioletni chłopiec, Karol Lew. Cierpi on na jakąś chorobę płuc, można się domyślać, że to gruźlica. Chłopiec zdaje sobie sprawę z tego, że niedługo umrze. W oczekiwaniu na śmierć czas umila mu starszy brat, trzynastoletni Jonatan. Karol bardzo kocha Jonatana, ale też mu zazdrości. Jest on bowiem piękny, uzdolniony i sprawny fizycznie. Może robić wszystko to, czego nie jest w stanie Sucharek. Jonatan przygotowuje brata do odejścia i opowiada mu o Nangijali, do której trafia się po śmierci. Okazuje się jednak, że to starszy Lew pierwszy dostaje się do Nangijali; ginie bohaterską śmiercią, gdy w pożarze ratuje brata. Karolek bardzo cierpi po odejściu Jonatana, ale szybko do niego dołącza. I tu pojawiają się schody...
Czy się wierzy, czy nie, raczej wyobrażenie jest takie, że po śmierci zaznaje się spokoju. Albo nie ma nic, albo jest szczęście (no chyba, że się było złym człowiekiem, to jest piekło). A tutaj chłopcy trafiają do jakby równoległego świata, gdzie jest zarówno dobro, jak i zło.
"Tam są jeszcze czasy ognisk i bajek."
W Nangijali są dwie doliny: Wiśni i Dzikich Róż. Ta druga została opanowana przez Tengila, który jako główną broń wykorzystuje smoka, Katlę. Gdy w niewolę trafia Orwar, przywódca walk w Dolinie Dzikich Róż, Jonatan wyrusza mu w pomoc. A za nim podąża mały Sucharek, który pokazuje, że i on zasługuje na nazwisko "Lwie Serce".
W książce jest dużo zwrotów akcji i cały czas się coś dzieje. Nie można narzekać na nudę. Zawiera się w niej charakterystyczny dla literatury dziecięcej motyw walki dobra ze złem, a także wychwalane są takie wartości jak wierność, braterstwo i honor. Często problemem jest zainteresowanie  chłopców jakąś lekturą, więc jeśli mamy do wyboru dać im tę pozycję lub "Anię z Zielonego Wzgórza", to na pewno spodoba się bardziej tekst pani Lindgren.
Są dwie rzeczy, do których można się przyczepić. Przede wszystkim fakt, że po śmierci nie trafia się do piekła ani do nieba, tylko do innego świata, w którym - jak się później okazuje - dalej można umrzeć. Dociekliwe dziecko może mieć problem ze zrozumieniem tego, ale moi dziesięcioletni uczniowie nawet tego nie zauważyli. Widocznie dopiero później człowiek się wszystkiego czepia.
Druga rzecz, to nazywanie ludzi nieodważnych czy niehonorowych "śmieciami". Możliwe, że wynika to z kwestii tłumaczenia, ale nie chciałabym żeby moi uczniowie przyswoili sobie takie słownictwo. Choć trzeba przyznać, że słowo doskonale pasuje do kontekstu i nadaje odpowiedni wydźwięk.
Polecam i zgadzam się z wydawnictwem, które sugeruje, że książka zalecana od ósmego roku życia. Bez problemu można dać dziecku, żeby przeczytało samo - nie ma trudnych słów czy zawiłego języka. 

poniedziałek, 7 września 2015

"Delta Wenus" - A. Nin

Tytuł: "Delta Wenus"
Autor: Anaïs Nin
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 379
Ocena: 6/10


Wybór studiów ma znaczenie. Ja bez moich nie dowiedziałabym się o tej autorce. Na pewnym wykładzie z literatury popularnej profesor pozwolił sobie na uwagę, która mnie rozbudziła: "Pięćdziesiąt twarzy Greya można czytać dzieciom na dobranoc. Jak chcecie przeczytać prawdziwą powieść erotyczną, to polecam Deltę Wenus". Przygód pana Greya nie znam, ale na "Deltę" się skusiłam. I dobrze!
"Seks nie potrafi rozwijać się w monotonni, bez uczucia, inwencji, nastrojów, niespodzianek w łóżku. Seks należy mieszać ze łzami, śmiechem, słowami, obietnicami, scenami zazdrości i gniewu..."
Omawiana pozycja to zbiór opowiadań erotycznych, które autorka pisała - podobnie jak wielu jej znajomych - aby zarobić.  W pierwszej połowie dwudziestego wieku opowiadania tego typu cieszyły się powodzeniem, o czym świadczą chociażby zapiski z dziennika Nin. Dopiero po wielu latach autorka zdecydowała się na wydanie swoich tekstów w jednym tomie i pod swoim nazwiskiem. Dlaczego?
W tym zbiorze każdy znajdzie coś dla siebie. Są typowo erotyczne sytuacje znane z normalnego życia, ale też momenty gorszące i odrażające. Bohaterowie opowiadań to ludzie różnego typu - mężczyzna, który ma romans z adoptowaną córką, kobieta, która nie może zaznać ukojenia w żadnych ramionach... Są hetero, homo i biseksualiści. A nawet hermafrodyty.
Język jest prosty, zwykły, nierozwlekły. Wszystko zmierza do seksu, więc nie ma zbędnych opisów. Przede wszystkim warta uwagi jest kreacja bohaterów i umiejętność, z jaką autorka wyczerpała temat stosunku fizycznego. Narratorzy są tak naprawdę różni. Historie spisuje najczęściej kobieta, która coś gdzieś usłyszała, zobaczyła, przeżyła. "Delta Wenus" pokazuje też życie w Paryżu lat czterdziestych, gdzie w pracowniach malarskich powstawały odważne dzieła, a większość czasu spędzano na paleniu opium. Nawet wojnę znajdziemy, która jeszcze bardziej zachęcała do zbliżeń.
"Była piąta po południu - pora, kiedy Paryż ogarnia nastrój erotyzmu. (...) O piątej czuję zawsze dreszcz zmysłowości, czuję się cząstką zmysłowego Paryża."
Anaïs Nin podkreślała, że inspirowała innymi twórcami tego gatunku, a byli to głównie mężczyźni. Niestety nie jestem (jeszcze!) znawczynią tematu, ale jedno mi się na pewno podoba - tekst nie jest mdły. Spodziewałam się, że jeśli spod pióra kobiety wyszło coś o seksie, to będzie mnóstwo romantycznych sytuacji, przemilczanych momentów, wielkie miłości. Nie. Był seks w każdej formie, piękniej przedstawiony niż w filmach erotycznych, ale nie wyniesiony na wyżyny. Oczywiście, bez problemu znajdziemy tam przesadę i tendencje skrajne. Na pewno niejeden mężczyzna chciałby mieć romans z którąś z bohaterek. Wszystkie były wiecznie chętne, a stosunki seksualne opisane w opowiadaniach trwały nawet godzinami. Inni mogą zwrócić uwagę na nierealność pewnych sytuacji. W tej kwestii będę jednak bronić "Delty Wenus" - niejednokrotnie bowiem czytałam o bardzo dziwnych upodobaniach, więc mężczyzna, który woli gwałcić ubranie niż kobietę, nie jest dla mnie aż tak nierealny.
Dla mnie duży plus za formę opowiadań. Większość nie przekracza pięćdziesięciu stron. Jak ktoś jest już nasycony po pierwszym opowiadaniu, to bez problemu może przerwać lekturę i nie czuć niedosytu. Pewni bohaterowie co prawda pojawiają się w różnych fragmentach, ale każde opowiadanie traktować można jako oddzielne dziełko.
No cóż. Polecam, zarówno kobietom, jak i mężczyznom. A już zdecydowanie nakłaniam do czytania przy swoim partnerze, bo jednak zbiera się chętka na małe co nie co w sypialni. Czyli co, pani Nin, chyba cel osiągnięty?
ZDECYDOWANIE KSIĄŻKA NIE DLA DZIECI!

środa, 26 sierpnia 2015

"Gra w klasy" - J. Cortázar

Tytuł: "Gra w klasy"
Autor: Julio Cortázar
Wydawnictwo: Porozumienie Wydawców
Liczba stron: 678
Ocena: 5/10

O książce dowiedziałam się od koleżanki, potem przewijała się w różnych rozmowach. Bardzo mnie zaciekawiła i stwierdziłam, że jak będę miała więcej czasu (bo książka obszerna), to po nią sięgnę.
To, na co przede wszystkim zwraca się uwagę, to konstrukcja powieści. Już na pierwszej stronie dowiadujemy się, że można tę książkę czytać na kilka sposobów, a przede wszystkim na dwa:
1. chronologicznie - tekst ma wtedy 421 stron, 56 rozdziałów
2. przeskakując według wskazówek między rozdziałami, czyli ponad 600 stron, 155 rozdziałów
Właśnie ta forma mnie tak zafascynowała i opinia, że w ten sposób poznam dwie różne historie. Nie. Niekoniecznie. Owszem, zakończenie się różni, ale nie jakoś znacząco. Tak naprawdę drugi sposób to przeplatanie rozdziałów od 1 do 56 różnymi anegdotami, zapiskami, rozważaniami. Nie zmieniają one fabuły tak, żeby można było mówić o dwóch różnych opowieściach. Ja wybrałam na początku sposób numer dwa, jednak gdy zdałam sobie sprawę jak to wygląda w praktyce a także zobaczyłam grzywnę w bibliotece za przetrzymanie książki, wróciłam do czytania klasycznego.
Język jest zróżnicowany, tak samo narracja. Czasem poznajemy relacje głównych bohaterów, czasem trzecioosobowego narratora. Fabułę została słusznie podzielona na dwie części - jedna z nich opowiada perypetie związku Oliveiry i Magi, druga zaś przedstawia dalsze losy Oliveiry w rodzimej Argentynie. W obydwu częściach widać istotną rolę grupy. W pierwszej jest to tak zwany Klub do którego przynależą różni artyści i osoby luźno powiązane ze sztuką, w drugiej tą grupą staje się Oliveira i zaprzyjaźnione z nim małżeństwo. Większość bohaterów jest dla mnie nijaka; niby mają jakieś konkretne cechy, ale tak naprawdę tylko garstka jest niezbędna dla rozwoju fabuły. Czytając powieść, czułam się jak Maga, której trzeba było wyjaśnić, "kim był niejaki Teofil Gauthier". Madze wszystko trzeba było wyjaśniać - mnie też. Nie znałam wielu nazwisk, do których autor nawiązywał. Nie rozumiałam tych fragmentów po francusku i hiszpańsku, które nie zostały przetłumaczone. Stąd też moja szczególna sympatia do tej bohaterki, choć jej stosunek do własnego syna mnie przerażał.
W "Grze w klasy" dużo jest odniesień do samego tytułu. Występują zarówno w samej fabule, na przykład gdy Oliveira pracuje w szpitalu dla obłąkanych i obserwuje narysowane na dziedzińcu klasy oraz grających w nie przechodniów. Także przeskakiwanie między różnymi rozdziałami kojarzy się z tytułem. Uczestnicy Klubu traktują sztukę jak te grę, bo od jednego tematu przeskakują do drugiego, próbując wyłączyć zmysły i wejść w głąb podświadomości. Tytuł się Cortázarowi udał - jest piękną metaforą ludzkiego życia, w którym każdy próbuje dojść jak najwyżej, doskoczyć do ostatniego poziomu.
Fabuła jest średni, nie porywa. Język wydaje się być dla autora (a także dla bohatera, Oliviery) ważniejszy. Wymyśla on dajmy na to gligliński (przekonajcie się sami co to!), próbuje opisać pocałunek tak, by oddać jego magię. Czytałam jednak powieści, gdzie język bardziej zachwycał. W tym wypadku zaś trzeba przede wszystkim pochwalić formę, pomysł i odwagę, żeby zrealizować coś tak nowatorskiego.
Zawiodłam się. Myślałam, że będę mogła przeczytać kilka innych, zupełnie innych sensów, a tak naprawdę przeczytałam jeden. Te fragmenty, które były poetyckie, wydawał się być napisane na siłę.
Nie przeczytałabym tej książki jeszcze raz.
Nie polecam osobom, które biorą książkę ze sobą do pociągu czy autobusu (jak ja) - chyba, że znacie doskonale aktorów, pisarzy, filozofów z różnych epok a także francuski i hiszpański. Albo macie ze sobą internet w telefonie, żeby to wszystko na bieżąco sprawdzać. Potem się nie chce, uwierzcie mi.

czwartek, 13 sierpnia 2015

"Norwegian Wood" - H. Murakami

Tytuł: "Norwegian Wood"
Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Liczba stron: 470
Ocena: 4/10
Lubię sporo stron na facebooku, na których zamieszczane są cytaty z różnych książek. Tak dowiedziałam się, że istnieje Haruki Murakami i postanowiłam sięgnąć po jego twórczość. Padło na "Norwegian Wood". To pierwsza japońska książka, którą w swym życiu przeczytałam.
Głównym bohaterem, a zarazem narratorem jest Toru Watanabe. Już na samym początku warto zwrócić uwagę na narrację - Watanabe swobodnie opisuje swoje wspomnienia: nie w sposób chronologiczny a na zasadzie skojarzeń. Pierwsze strony sugerują, że będzie to tekst o nastoletniej miłości. Najlepszy przyjaciel młodego Toru ginie samobójczą śmiercią, pozostawiając w rozpaczy zarówno jego, jak i swoją dziewczynę Naoko. Po jakimś czasie Watanabe i Naoko spotykają się przypadkiem w wielkim Tokio i rodzi się między nimi szczególna więź. No pięknie, idealny materiał na książkę dla nastolatków. A jednak... "Norwegian Wood" nie jest tekstem o miłości, a o stracie; nie opowiada stricte o życiu, a o śmierci.
Skąd taki tytuł? Od pierwszych stron głównym bohaterom w różnych momentach życia towarzyszą piosenki Beatlesów, a "Norwegian Wood" to jeden z ulubionych kawałków Naoko. Przesłuchałam utwory dopiero po skończeniu książki, ale myślę, że włączanie ich w trakcie czytania jest lepszym pomysłem. Z jednej strony podobało mi się to, że w tekście były nawiązania do muzyki i książek z kanonu literatury światowej (np. "Czarodziejska góra", "Buszujący w zbożu"). O ile jednak książki znam, to piosenek niestety nie kojarzyłam, dlatego te fragmenty nie robiły na mnie odpowiedniego wrażenia.
Historię teoretycznie opowiada mężczyzna koło czterdziestki, który wspomina swoje życie, gdy był mniej więcej dwudziestoletnim młodzieńcem. Ma się jednak wrażenie, że to właśnie ten młodzieniec jest narratorem, a nie jego starsza wersja. Czasem sposób opisywania pewnych sytuacji wydawał mi się aż nadto naiwny i prosty. Jest w tej powieści mnóstwo momentów, które po prostu mnie oburzały, brzydziły i nie wiem jaki miały cel. Możliwe, że wynika to z różnic kulturowych - nie wiem. Sami zobaczycie. Ponad to dziwi mnie szczegółowość, z jaką Watanabe opisuje wydarzenia sprzed dwudziestu lat... Opisy dań i ubrań naprawdę wydają mi się zbędne.
Plusem na pewno jest tutaj kreacja bohaterów, którzy są bardzo charakterystyczni. Watanabe lubi słuchać, Naoko błądzi ciągle gdzieś myślami, Nagasawa to inteligentny drań. Z drugiej strony większość postaci drugoplanowych nie za dużo do fabuły wprowadza. Są gdzieś na boku, jakby na się wepchnięci.
Dla mnie najlepsza była ostatnia strona książki, choć kompletnie nie pasuje mi do reszty. Więcej zdradzić nie mogę, ale osoby, które przeczytały, na pewno wiedzą o co mi chodzi. 
Chociaż nie czytało mi się tej książki rewelacyjnie i nie jestem zachwycona, to myślałam o niej kilka dni po zakończeniu. Czasem tak jest, że czytam coś i doceniam dopiero po przeczytaniu. Mimo wszystko szczerze się dziwię osobom, które widzą w tej powieści coś fenomenalnego.Na pewno nie sięgnę po nią kolejny raz, ale postaram się zajrzeć do innego tekstu Murakamiego, żeby nie oceniać jego twórczości na podstawie jednej pozycji. "Norwegian Wood" bowiem nie zachwyca mnie ani stylem, ani fabułą.
Książkę polecam osobom, które lubią nostalgiczne, melancholijne teksty. Nie spodziewajcie się nagłych zwrotów zdarzeń czy momentów zapierających dech w piersi.
PS: Pisząc recenzję zobaczyłam, że jest film, także macie krótszą alternatywę poznania omawianej historii.

sobota, 1 sierpnia 2015

"Przebudzenie" - S. King

Tytuł: "Przebudzenie"
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 534
Ocena: 6/10
Stephen King to autor, o którym praktycznie wszyscy słyszeli. Jest niezwykle płodnym pisarzem, a wiele z jego powieści doczekało się kultowych ekranizacji, na przykład "Zielona mila". Chociaż moja siostra ceni sobie Kinga i ma dużo jego książek, a wielu znajomych się nim zachwycało, ja sięgnęłam po tego pisarza dopiero teraz przy okazji jednej z nowszych książek - "Przebudzenie".
Otworzyłam książkę i zobaczyłam motto:
"Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami."
Cenie sobie autorów, którzy znają klasykę, do której zalicza się autor tych słów, Lovecraft. Była to dla mnie dobra zapowiedź. Niestety, zawiodłam się...
Głównym bohaterem powieści jest Jamie Marton, który zarazem powadzi gawędziarską pierwszoosobową narrację. Opowiada nam historię swojego życia, wybierając te sceny, w których pojawia się tak zwana piąta osoba dramatu. Dla niego tą osobą jest Charles Jacobs, pastor. Kilkuletni Jamie poznaje go podczas zabawy na podwórku i od początku rodzi się między nimi wyjątkowa więź. Pastor jest bardzo młody i potrafi dotrzeć do miejscowej młodzieży. Wszystko się jednak zmienia, gdy w wypadku samochodowym giną żona i synek wielebnego. To wydarzenie zabiera mu wiarę i sprawia, że Charles popada w obłęd i całe życie poświęca na ryzykowne eksperymenty. Swoją drogą, ostatnie kazanie pastora jest prezentacją moich poglądów, więc czytałam je z zapartym tchem.
Jest dużo elementów, które mi w tej książce zaimponowały: narracja, język, styl. Warto też pochylić się nad kreacją bohaterów. Charles Jacobs strasznie mnie irytował, ale też zadziwiał. Fabuła także pomysłowa, wszystko prowadziło do rozwiązania. Właśnie. Rozwiązanie. Czytałam gdzieś, że wielu krytyków zarzuca Kingowi nieumiejętność zakończenia swoich powieści. Ja też miałam takie wrażenie. Nie podobały mi się te ostatnie sceny. Dla mnie - naciągane i niedorównujące reszcie książki. W ogóle zdziwiło mnie występowanie motywów fantastycznych, ale to tylko moja wina - nie wiedziałam, że to dla Kinga normalne. Zakończenie można zresztą interpretować w ten sposób, że wszystkie motywy nierealistyczne były wytworem chorego mózgu Jamiego. Tylko że... Gdzie ta groza? Gdzie strach? Szaleństwo Jacobsa owszem, szokuje, ale nie przeraża. A tego przede wszystkim się spodziewałam.
Mimo wszystko książkę czytało się dobrze i na pewno wrócę do tekstów tego autora. Szkoda nie skorzystać z jego ogromnego dorobku.

sobota, 25 lipca 2015

"Zacisze 13" - Olga Rudnicka

Tytuł: "Zacisze 13"
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: EDIPRESSE-KOLEKCJE Spółka z.o.o. (z serii Klub Książki Kobiecej)
Liczba stron: 268
Ocena: 6/10

"Zacisze 13" wpadło mi w ręce zupełnie przypadkowo: moja przyjaciółka pracuje dorywczo w sklepie i zaprosiła mnie do siebie na kawę. Siedziałam i przeglądałam asortyment, a gdy zobaczyłam tę cienką i tanią pozycję stwierdziłam, że dołączę ją do swojej kolekcji. Zmęczona powieścią "Sto lat samotności" miałam ochotę na coś lekkiego – nie zawiodłam się.
Główną bohaterką książki jest nauczycielka historii, Marta Żywek. Przez pomyłkę jej dom staje się obiektem zainteresowania złoczyńców, którzy kończą tragicznie – jeden z nich zostaje zamordowany przez nieznanego sprawcę w ogródku Marty, drugi zaś zepchnięty ze schodów przez Anetę, która tymczasowo mieszka u głównej bohaterki.
-(...) Ryszard jest świeższy. Na razie powinien być na etapie tężenia.
-Mówisz do niego po imieniu? - zszokowana Marta rozsypała makaron.
-A co? Myślisz że ma coś przeciwko? - Aneta zaczęła trzeć żółty ser. - Zresztą jak mam mówić? Trup? Zwłoki? (...) Ryszard jest bezpieczniej.
Dalej przyjaciółki męczą się z ukryciem Andrzeja i Ryszarda. W międzyczasie pojawia się były mąż Marty, a także Damian – podejrzany nieznajomy, który ciągle "przypadkiem" na nią wpada i chce ją zaprosić na randkę.
Fabuła bardzo mi się spodobała. Nie było tak naprawdę nudnego momentu, wszystko prowadziło do rozwiązania zagadki. Jeden wątek jednak nie przypadł mi do gustu – romans Marty z Damianem. Nie chcę spoilerować, ale tutaj Rudnicka poszła na łatwiznę. Na szczęście nie jest to główny wątek książki, dlatego patrzyłam na niego z przymrużeniem oka. Dodatkowo można się przyczepić do stylu i języka – miejscami pojawiają się pewne potknięcia, które irytują zamiast śmieszyć. Nieudolność widać przede wszystkim w opisach sytuacji związanych z nauczaniem czy samą codziennością szkolną. Pomysł uczynienia z bohaterek nauczycielek jest godny pochwały, jednak można było to lepiej wykorzystać. Cieszę się, że w książce jest nie do końca chronologiczna narracja, wydarzenia teraźniejsze bowiem zgrabnie przeplatają się z retrospekcjami. Mimo wszystko nie powiem, kilka razy się szczerze uśmiechnęłam a nawet zaśmiałam, bo Marta i Aneta to postaci wzbudzające sympatię. Poza tym mogę pogratulować autorce NAPRAWDĘ ZASKAKUJĄCEGO zakończenia. Nie spodziewałam się, oj, nie spodziewałam...
Ta lektura spodoba się fanom Joanny Chmielewskiej, bo nie da się nie zauważyć podobieństwa między tekstem Olgi Rudnickiej do polskiej mistrzyni czarnego humoru i kryminału w jednym. Widać, że przed autorką "Zacisza 13" jeszcze długa droga do osiągnięcia stylu Chmielewskiej, ale trzeba zwrócić uwagę na to, że Rudnicka miała 21 lat, gdy "Zacisze" się ukazało. Dla mnie ta informacja wyjaśnia pewne niedociągnięcia i sprawia, że w polskiej pisarce widzę duży potencjał. A może ta młoda kobitka pójdzie w inną stronę i wyrobi własny, niepowtarzalny styl? 
Kto zabił Andrzeja? Kim właściwie jest Damian? Dlaczego Marta nie zgłosiła znalezienia zwłok policji? Pytań wiele, odpowiedzi tylko w tekście!
Polecam książkę przede wszystkim tym, którzy chcą odpocząć od ciężkich powieści wymagających skupienia a także tym, którzy mają niewiele czasu na czytanie – "Zacisze 13" to idealna pozycja do czytania w pociągu czy w tak zwanym międzyczasie. Dla zainteresowanych podpowiem, że istnieje druga część – "Zacisze 13. Powrót". Jeśli kiedyś natrafię na to lub jakąś inną książkę tej autorki, to na pewno przeczytam!

czwartek, 16 lipca 2015

"Sto lat samotności" - G. G. Márquez

Tytuł: "Sto lat samotności"
Autor: Gabriel Garcia Márquez
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZO SA
Liczba stron: 437
Ocena: 6/10
Na "Sto lat samotności" kolumbijskiego pisarza Gabriela Gracii Márqueza trafiłam tak, jak prawdopodobnie wielu czytelników; jest to mianowicie pozycja, która znajduje się w większości zestawień typu "książki, które trzeba przeczytać". Słyszałam o niej, widziałam cytaty, wiedziałam, że muszę ją kiedyś do rąk wziąć. I wzięłam - na sam początek wakacji. 
Jest to tekst wyjątkowy. Opowiada o losach rodziny Buendia od momentu, gdy José Arcadio założył małe miasteczko Mocando, aż do kresu rodu zbiegającego się z upadkiem miasta. Książka ukazuje perypetie kolejnych pokoleń, na których ciąży klątwa kazirodztwa. Szybko można się pogubić, ponieważ potomkowie nazywani są często imionami swoich przodków. W ten sposób czterech mężczyzn ma na imię José Arcadio,dużo też jest Aurelianów... Jak dla mnie, było to bardzo kłopotliwe – nie wiedziałam już, kto jest kim. W internecie znalazłam drzewo genealogiczne rodziny; polecam je przeglądać w czasie lektury. 
Na czym polega wyjątkowość książki? Elementy fantastyczne łączą się tak subtelnie i prawie niezauważalnie z realnymi, że wydają się wręcz naturalne. Miasto nawiedza epidemia bezsenności, jedna z bohaterek unosi się do nieba, dzieci ze związków kazirodczych rodzą się ze świńskimi ogonkami... Poza tym, warto zwrócić uwagę na sposób narracji – osoba opowiadająca jest obserwatorem, który od początku zna całą fatalną historię rodu i zapowiada nadchodzące wydarzenia.
"Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go ze sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód"
Te same wydarzenia są przytaczane w książce wielokrotnie, czasem jako zapowiedź, czasem jako wspomnienie. Pokazuje to, jak autor doskonale znał historię, którą opowiadał; mógł sobie pozwolić na swobodne lawirowanie między wątkami.
Wśród historii rodziny przewijają się motywy biblijne (na przykład potop), a także historia Kolumbii. Choć czas, w którym rozgrywa się akcja nie jest podany, zakłada się, że mowa o przełomie XIX i XX wieku. 
Jacy są bohaterowie? Ile synów miał pułkownik Aureliano? Z kim baraszkowała w czasie kąpieli Amaranta? Tego wszystkiego można dowiedzieć się, sięgając po tę pozycję. Czy ją polecam? Tak, ale raczej dla czytelników wprawionych i lubiących wyzwania. Nie jest to książka łatwa i lekka. Sama mam zamiar sięgnąć po nią jeszcze raz, wydaje mi się bowiem, że należy ona do tych, które zrozumieć można tylko po wielokrotnej lekturze.