poniedziałek, 12 marca 2018

„Hańba” - J M. Coetzee

Autor: John Maxwell Coetzee
Tytuł: „Hańba”
recenzja powieść Afryka CoetzeeWydawnictwo: Znak
Liczba stron: 250
Ocena: 7/10

„Hańba” pojawiła się w moim życiu już wcześniej, wtedy jednak trafiła na długą listę lektur nieprzeczytanych. Tym razem udało mi się zmierzyć z tym tekstem, który ważny jest choćby z tego powodu, że to pierwsza przeczytana przeze mnie książka autora pochodzącego z Afryki. I to nie byle jakiego autora, bo laureata Literackiej Nagrody Nobla!
Uwaga! Dla niektórych ta recenzja może zakrawać o spoiler. 
Głównym bohaterem jest profesor David Lurie wykładający literaturę romantyczną i komunikację społeczną na Politechnice Kapsztadzkiej. Nie można go uznać za wykładowcę zaangażowanego. Sam przyznaje, że pracuje jedynie po to, by móc się utrzymać. W wieku 52 lat ma za sobą dwa nieudane małżeństwa i wiele romansów. To mu jednak nie wystarcza - postanawia nawiązać bliższą znajomość z Melanie, swoją studentką. Nie byłoby to aż tak szokujące, gdyby nie fakt, że Lurie przekracza pewne granice: wykorzystuje stanowisko by zdobyć dane dziewczyny i niemalże ją prześladuje, choć sam chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Afera wychodzi na jaw i profesor staje przed sądem koleżeńskim, ale nie ma zamiaru się tłumaczyć, przyznaje się do winy i tak oto kończy swoją uniwersytecką karierę. By uciec od skandalu i tytułowej hańby, udaje się na prowincję do córki.
Pobyt u Lucy nie jest przebiega jednak tak, jak można by było się spodziewać. Zamiast spokoju, Lurie styka się tam z niezrozumieniem i ponownie zostaje zhańbiony. Na dom napada bowiem trzech mężczyzn, którzy podpalają głównego bohatera i zamykają go w łazience, a jego córkę gwałcą. David po raz kolejny zdaje sobie sprawę ze swojej niedołężności i bezsilności. Nie pomaga mu też zachowanie Lucy, która nie tylko nie chce rozmawiać o tym, co się stało, lecz także nie szuka sprawiedliwości i nie zgłasza gwałtu na policję.
To zadziwiające, jak wiele ważnych problemów potrafią poruszyć niektórzy pisarze na 250 stronach. Zacznijmy od samej kwestii gwałtu. Lucy została zgwałcona, to nie ulega wątpliwości, ale co z Melanie?
„Dziewczyna nie stawia oporu. Tylko się odwraca: ukrywa usta, oczy. Daje się położyć na łóżku i rozebrać, nawet mu to ułatwia, podnosząc ręce, a potem biodra. (...) Nie jest to gwałt, niezupełnie, ale jednak coś niepożądanego, przed czym dziewczyna wzdraga się aż do szpiku kości”.
Muszę przyznać, że początkowo zgodziłam się z trzecioosobowym narratorem, że to nie jest gwałt. Dopiero po przeczytaniu całej powieści zrozumiałam, że jednak jest. Trochę bardziej wyrafinowany, podstępny, ale gwałt.
Poza tym sama kwestia seksu. Lurie traktuje to jako coś naturalnego, nad czym nie trzeba panować. Podchodzi do sprawy z jednej strony w sposób przedmiotowy, z drugiej natomiast poetyzuje wszystko i przekonuje, że „działa w służbie Erosa”. Co prawda rezygnuje z miłosnych igraszek po tym, co stało się z jego córką, w jego głowie jednak co druga myśl przesiąknięta jest erotyzmem.
Coetzee zwraca także uwagę na sytuację w RPA po zniesieniu apartheidu oraz na różnice kulturowe widoczne w tym kraju. Lucy wydaje się rozumieć kulturę czarnoskórych sąsiadów, ale przez to jej zachowanie jest niezrozumiałe dla ojca utożsamiającego się z Zachodem. Jej postawa szokuje - bardzo przeżywa gwałt, zostaje jednak w miejscu, gdzie przebywa jeden z jej oprawców, nie godzi się na zgłoszenie sprawy na policję i postanawia urodzić dziecko. Jest to swoisty rodzaj walki, Lucy bowiem nie chce opuścić ziemi, którą kocha.
Południowa Afryka jest miejscem, w którym brakuje towarów i dóbr, nadmiar jest za to ludzi i niektórych zwierząt. Lurie pomaga w klinice, w której usypiane są niechciane zwierzęta, czasem młode i zupełnie zdrowe. Właśnie na tej płaszczyźnie widać jego zmianę: początkowo wyśmiewa tę tkliwość dla zwierząt, traktuje je jako źródło pożywienia, potem natomiast płacze, gdy wywozi szczątki psów do krematorium.
Na sam koniec chciałabym zwrócić uwagę na narrację. Chociaż ma ona formę trzecioosobową, to tak naprawdę prowadzona jest jedynie z perspektywy głównego bohatera. Podczas sądu koleżeńskiego nie zostają nawet odczytane zarzuty Melanie wobec Davida, przez co znamy jedynie jego stanowisko. Podobnie jest w kwestii gwałtu Lucy - kobieta tak niewiele o tym zdarzeniu mówi, że do któregoś momentu nie byłam pewna, czy to nie są tylko błędne domysły ojca.
„Hańbę” trawi się długo i nieprzyjemnie i choćby dlatego warto się z tą pozycją zmierzyć. No bo co jest lepsze, niż pozostająca w pamięci lektura? 

piątek, 18 sierpnia 2017

„Papierowe miasta” - J. Green

Autor: John Green
Tytuł: „Papierowe miasta”
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 397
Ocena: 5/10

Wcześniej czytałam dwie książki Johna Greena i na tyle mi się spodobały, że chciałam poznać resztę jego twórczości. Przyszła kolej na „Papierowe miasta”.
Jest to książka naprawdę wyjątkowa na tle innych powieści młodzieżowych. Jest bowiem pełna melancholii, nostalgii, smutku... sama nie wiem czego, jak to dokładnie nazwać. Ale nie to ją wyróżnia. Przede wszystkim sama fabuła jest inna. Nie ma choroby. Nie ma miłości (no dobra, jest, ale nie taka istotna). Za to jest podróż - zarówno dosłowna, jak i metaforyczna, w głąb drugiego człowieka.

niedziela, 13 sierpnia 2017

„Wroniec” - J. Dukaj

Autor: Jacek Dukaj
Tytuł: „Wroniec”
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 246
Ocena: 7/10

Zarówno o „Wrońcu”, jak i o jego autorze słyszałam niejednokrotnie. A że nadrabiam braki, to i na tę pozycję przyszła kolej.
O książce zwykło się mówić że jest baśnią. Może i jest, ale nie takim „Kopciuszkiem”; prędzej jakąś „Dziewczynką z zapałkami”. Nie ma tam bowiem nic pięknego i miłego. Jest strach, są wielkie potwory, jest szaro i smutno.